Książki relacji

Złożone relacje polsko-żydowskie, okrucieństwo wojny i zło, które popycha ludzi do największych podłości… Światełkiem w tej przesyconej mrokiem rzeczywistości okazuje się miłość. 'Łąka umarłych' Marcina Pilisa od 16 września na księgarnianych półkach. Kup psychologia relacji w kategorii Książki i Komiksy na Allegro - Najlepsze oferty na największej platformie handlowej. Książki dla dzieci o przyjaźni i budowaniu relacji społecznych Książki dla dzieci o przyjaźni to bardzo szeroki temat, często poruszany w książkach dla dzieci. Problem polega na tym, że jest tego nawet trochę za dużo, a kiedy szukamy wsparcia w konkretnym aspekcie związanym z przyjaźnią, nie zawsze wiadomo, który tytuł pomoże ... Wyselekcjonowane najlepsze ebooki, książki i audiobooki z kategorii relacje i związki. Osiągaj szybciej efekty których potrzebujesz. Kliknij i sprawdź co mamy dla Ciebie. A coffee break in the United States and elsewhere is a short rest period granted to employees in business and industry. An afternoon coffee break, or afternoon tea, often occurs as well. W publikacji 'Element twórczy. Techniki szybkiego budowania relacji z klientami' znajdziesz konkretne techniki budowania relacji z klientem lub inną wybraną przez Ciebie osobą. Obecnie na rynku klient ma bardzo duży wybór produktów i usług. Książki z kategorii Relacje damsko-męskie to poradniki dla kobiety i mężczyzny. Pokazują jak radzić sobie w relacjach z partnerem, jak wygląda idealna randka, jak zrobić dobre wrażenie na swojej sympatii, pielęgnować związek i miłość. Pomogą zrozumieć kobiety, przedstawią męski punkt widzenia. W publikacjach przeczytasz także jak wyglądają toksyczne związki i jak ich ... Książka Nunchi. Koreański sekret dobrych relacji z ludźmi autorstwa Hong Euny , dostępna w Sklepie EMPIK.COM w cenie 39,99 zł . Przeczytaj recenzję Nunchi. Koreański sekret dobrych relacji z ludźmi. Zamów dostawę do dowolnego salonu i zapłać przy odbiorze! Zebrałam moje ulubione tytuły związane z budowaniem wspierającej relacji, pozytywnej komunikacji i wychowania dzieci w różnym wieku. To książki dla rodziców.

After 2/After We Collided - Gdzie obejrzeć? Oglądaj cały film online! [Lektor PL]

2020.09.18 20:56 vodfilmy_pl After 2/After We Collided - Gdzie obejrzeć? Oglądaj cały film online! [Lektor PL]

After 2/After We Collided - Gdzie obejrzeć? Oglądaj cały film online! [Lektor PL]

Zobacz After 2 online i poznaj drugi rozdział przygód Tessy i Hardina

Po entuzjastycznym odbiorze pierwszej części filmowej adaptacji bestselleru After, druga część cyklu także trafiła do kin. Co nowego u Tessy i Hardina? Już teraz możesz się dowiedzieć! Zobacz After 2 cały film w domowym zaciszu w polskiej wersji językowej! Już teraz bowiem opcja After 2 lektor pl jest dostępna dla każdego, kto ma możliwość bycia online. Połącz się z internetem ze swojego ulubionego urządzenia i uzyskaj dostęp do drugiej części After!
https://i.redd.it/n1z2r8g98yn51.gif
Oglądaj After 2 online: https://vodfilmy.pl/filmy-online/after-2-2020-online/

https://preview.redd.it/vh1l02h02yn51.jpg?width=1050&format=pjpg&auto=webp&s=538c75cb10123b2ba677955efa60a366e9b48e41
Z czego wynika popularność serii? Wszystko zaczęło się od książki Anny Todd, która zaczęła pisać powieść z gatunku fan fiction zainspirowana zespołem One Direction. Pierwszy tom autorka opublikowała w 2013 roku za pośrednictwem platformy internetowej Wattpad. Książka zdobyłą tak niebywałą popularność, że Todd już rok później podpisała kontrakt filmowy.
Pierwszy film, After, miał premierę w 2019 roku. Główni bohaterowie serii, Tessa i Hardin, kompletnie się od siebie różnią, lecz to nie przeszkadza im uwikłać się w coraz bardziej toksyczną relację. Rozważna dziewczyna i porywczy chłopak to bowiem mieszanka wybuchowa - pełna namiętności, ale także kłótni i tajemnic. Filmowa adaptacja początku serii nie kończy się happy endem, nie dziwi więc fakt, że fani z niecierpliwością oczekiwali kolejnej odsłony przygód swoich ulubionych bohaterów. Na szczęście After 2 lektor online jest już dostępny i możesz obejrzeć go, kiedy tylko zechcesz!

Czy warto obejrzeć After 2, który jest teraz dostępny online?

Młodzieńcza wizja miłości jest zazwyczaj wspaniała, ale szybko rozbija się o rzeczywistość. Podobnie jest w After 2. Zraniona Tessa chce zacząć bowiem nowe życie, by zapomnieć o Hardinie. Życie nie jest jednak tak proste jak może się wydawać...
Druga część After przeszła kilka kosmetycznych zmian, choć na szczęście pokochani przez publiczność główni bohaterowie to wciąż ci sami aktorzy. Zmienił się jednak reżyser, dlatego też łatwo dostrzec pewne różnice w prowadzeniu akcji i postaci. Jaki jest tego efekt? After 2 wciąga jeszcze bardziej niż jedynka! Wróćmy jednak do fabuły. Jako, że miłość niejedno potrafi mieć imię, nikogo nie zdziwił sukces After. Jeśli jednak chcesz zacząć swoją przygodę od dwójki to spokojnie, twórcy zadbali i o taką audiencję. Możesz nie znać lub nie musisz odświeżać sobie pierwszej części, bo scena otwierająca streszcza wszystko, co wydarzyło się w jedynce.
Tak więc, Tessa i Hardin próbują poradzić sobie po burzliwym rozstaniu. Ona rzuca się w wir pracy, on topi smutki w alkoholu. Dziewczyna zaczyna robić karierę, jednak po jednym ze służbowych wyjść dzwoni to swojego byłego chłopaka. Hardin zjawia się w jej hotelowym pokoju, spotyka tam jednak półnagiego Trevora. Jak można się domyślać, wcale nie pomaga to głównym bohaterom w naprawieniu ich relacji... Role pierwszoplanowe w After 2 jak zwykle zagrane są bez zarzutu, na uwagę zasługują jednak także postaci drugoplanowe (choćby wspomniany Trevor). Pokłony należą się również: Candice King oraz Charliemu Weberowi, którzy tchnęli prawdziwą i szczerą energię w Kim i Christiana.
Jaki jest zatem After 2? Trzeba przyznać, że dwójka bardziej ściśle trzyma się książki, więc każdy prawdziwy fan literackiego pierwowzoru After nie będzie zawiedziony. Oglądając After 2 za darmo dostaniesz dużo humoru, interesujące dialogi oraz sporo ciekawych wątków pobocznych, które jeszcze dodatkowo dodają filmowi smaczku.

After 2 wypełnił sale kinowe, jednak ty możesz obejrzeć go za darmo i online

Pierwsze warszawskie pokazy - mimo pandemii - zgromadziły w kinach maksymalne dopuszczalne tłumy. I chociaż sale kinowe były zapełnione tylko w połowie, emocje wśród widzów widać było gołym okiem. Na szczęście ty możesz oszczędzić sobie i wydawania pieniędzy, i wycieczki do kina, oglądając After 2 w wersji online. To spore ułatwienie i jeszcze większa wygoda.
Decydując się skorzystać z opcji After 2 film online musisz pamiętać, że ogranicza cię tylko twój własny czas. Nie musisz nigdzie wychodzić, możesz usiąść wygodnie w fotelu i sprawdzić, czy druga część przygód Tessy i Hardina faktycznie słusznie została nazwana mieszanką 50 twarzy Greya i American Pie.

After 2 to niegrzeczny film nie tylko dla nastoletnich widzów

Filmy pokroju 50 twarzy Greya czy kolejne części American Pie to kino, w którym bardzo dużą rolę odgrywa erotyka i cielesność. Podobnie jest z After 2, który po “przeprowadzce” ze szkoły do “dorosłego” życia może być propozycją nie tylko dla nastolatków.
Dlaczego After 2 jest nazywany miksem tych dwóch serii? Ponieważ w dwójce odrobinę zwariowany humor i sceny łóżkowe są dawkowane widzom mniej więcej w tych samych proporcjach. Co mówi to o samym filmie? Przede wszystkim tyle, że oglądając After 2 wszystko wyważone jest w idealnych dawkach - od dramatu, poprzez namiętność aż do śmiechu. Dzięki temu podczas seansu po prostu nie można się nudzić.
Jeśli więc masz trochę czasu, naprawdę warto rozważyć seans After 2 online! Cały film jest bowiem dostępny dla każdego, kto ma ochotę przeżyć przygodę z Tessą i Hardinem! Nie czekaj ani chwili dłużej, jeśli jeszcze się wahasz! Wystarczy ci bowiem zaledwie kilka kliknięć, by przenieść się z twoimi ulubionymi bohaterami w trudne początki ich dorosłości. A jeśli jeszcze, jak teraz, można zrobić to za darmo, to po co odkładać oglądanie na później!
submitted by vodfilmy_pl to u/vodfilmy_pl [link] [comments]


2020.08.01 12:41 braciakoala Gdzie obejrzeć film After z 2019 roku z polskim lektorem?

Film After jest już dostępny online dla każdego!

Jeśli lubisz oglądać filmy online to zdecydowanie polecamy obejrzenie tej produkcji! Zdaje sobie sprawę, że nie znajduję się w grupie docelowej filmu After 2019 online. Mam wrażenie, że ten film jest kierowany tylko do ściśle określonej grupy nastolatków, którzy nie mają dużych wymagań do filmów. Jeśli ktoś jest fanem książki, na której podstawie został nakręcony film to również może mocno się zawieść. Pokuszę się nawet o stwierdzenie, że książka jest zdecydowanie lepsza od filmu. Sprawa ma się podobnie, jak w przypadku filmu Lśnienie. Książka została obdarta ze zbędnych elementów a na podstawie tego, co zostało, został nakręcony film.
Główną bohaterką w filmie jest Tessa - zakończyła szkołę średnią i wybrała się na uczelnię wyższą. Tak jak w innych filmach dla nastolatków tak i tutaj główna bohaterka jest szarą myszką, która dobrze się uczy i stroni od imprez. Tessa (Josephine Langford) ma młodszego chłopaka, który został w rodzinnej miejscowości. Pierwszego dnia pobytu w nowej szkole okazuje się, że wszyscy są niegrzeczni, bo mają pofarbowane włosy, kolczyki i tatuaże.
Pierwszego dnia bohaterka przyjeżdża do akademika z chłopakiem i mamą. Mama Tessy jest wręcz przerażona tym, że współlokatorki jej córki mają kolczyki, tatuaże i pofarbowane włosy na neonowe kolory. Na domiar złego w pokoju nastolatek unosi się woń marihuany. Po kilku mniej ważnych zdarzeniach koleżanki namawiają Tessę na wzięcie udziału w imprezie. Bohaterka zgadza się i tam poznaje Hardina (Hero Fiennes-Tiffin). Hardin to typowy kozak, bad boy.

Gdzie oglądać film After 2019 online?

Co z takiej relacji szara myszka - bad boy może wyjść? Dokładnie to, czego wszyscy się spodziewają. Ten film to trochę takie Nowe Oblicze Greya dla nastolatek. Fabuła filmu After polega na tym, że przez jakiś czas są razem, robią różne fajne rzeczy by potem się pokłócić i rozstać. Następnie znów są razem i po czasie znów się kłócą. Następnie następuje załamanie i jest mały twist. W pierwszym akcie filmu nastolatkowie grają w słynną grę - prawda czy wyzwanie.
Nie mam tu za dużo do powiedzenia. Przede wszystkim ta gra to trochę taki fabularny wykręt w wielu filmach dla nastolatków. Jeśli coś musi się zdarzyć to dzieje się to podczas tej gry. Co trzeba by było zrobić, żeby taki zainteresował widza i żeby historia była porywająca? Przede wszystkim After film cda musiałby mieć dobrze napisane i mocne charaktery oraz bohaterów z charyzmą - tutaj zdecydowanie tego brakuje.
Główna bohaterka to szara myszka. Dokonuje pewnych wyborów w pierwszych aktach filmu, które przekreślają ją jako protagonistę tego filmu. Poznała Hardina a na noc zaprasza swojego chłopaka. Leżą w pokoju i oglądają głupie filmiki. W pewnym momencie Hardin przesyła jej wiadomość. Tessa ją czyta, wychodzi z pokoju i do niego jedzie. W tym momencie chłopak Tessy zostaje sam w pokoju akademickim.

Jak obejrzeć cały film After?

Przyjechał tutaj specjalnie dla niej, żeby spędzić z nią noc a ona zostawia go samego. Pomijając już nieracjonalne wybory bohaterów, ten film jest po prostu bardzo nudny a jeszcze bardziej przewidywalny. Głupie decyzje bohaterów pojawiały się już wiele razy we wszystkich filmach dla nastolatków. Pewne porównania z serią filmów o Greyu są tutaj bardzo na miejscu. Nie zrozumcie mnie źle. To nie jest najgorszy film na świecie. Dla pewnej, ściśle określonej grupy odbiorców może być naprawdę miłym seansem.
Sam film wywodzi się z fan fiction, czyli opowiadań stworzonych przez fanów, na temat Harry Styles. Tak naprawdę ten film ma tylko to. Jeśli wyobrazicie sobie, że bohater wcielający się w rolę Hardina, to jest Harry Styles i na przykład chciałybyście się spotkać z takim idolem, to możecie wyobrazić sobie jak takie spotkanie mogłoby wyglądać. Hardin to typowy bad boy, trochę niedostępny, ale również romantyczny. Jest bardzo wrażliwy, tylko tego nie pokazuje. To trochę jak ze słynnym porównaniem z filmu Shrek - cebula ma warstwy. Niestety ten film realizuje tylko te założenie. W After 2019 online nie ma żadnej interesującej postaci pobocznej. Bohaterowie drugoplanowi to trochę takie pionki, które mają wykonać jedną konkretną rzecz.

Czy film After jest dostępny na zalukaj?

Podobnie jak w przypadku filmów o Greyu - główna bohaterka to szara myszka, która poznaje kogoś, kto pozwala poszerzyć jej horyzonty, otwiera okno na świat i wiele ciekawych rzecz. Nie brakuje tutaj bardzo irracjonalnych elementów. W pewnym momencie bohaterowie trafiają do pięknego mieszkania, które spada im z nieba. Jak film to wyjaśnia? Koleżanka ojca Hardina ma mieszkanie i wyjechała do Włoch, więc oni mogą tam mieszkać, aby dbać o roślinność.
Tessa jest przedstawiona jako bardzo rozsądna, jak na swój wiek, dziewczyna. Generalnie idzie w stronę tego, aby dobrze się uczyć, zdobyć dobrą pracę itd. Bohaterka mówi też o tym, że poświęci swoje marzenia o pisaniu na rzecz studiowania ekonomii, bo to bardziej się przyda w jej życiu. W międzyczasie to też się rozwiązuje. Ojciec Hardina ma kolegę, który prowadzi wydawnictwo i na pewno ona dostanie tam pracę. Bohaterka jest inaczej budowana w stosunku do tego, jakie podejmuje wybory.

Dlaczego warto obejrzeć ten film?

After lektor pl to zlepek teledyskowych scen. Wydaje mi się, że ciężko to inaczej nazwać. Bohaterowie idą nad jezioro i się kąpią. W mieszkaniu są w wannie i również się kąpią. Jeśli komuś sprawa przyjemność oglądania teledysków, w których główną rolę odgrywają nastolatki i miłość to może być to pewna propozycja dla Was.
Co ciekawe, główną bohaterką jest siostra Hanny Baker z serialu 13 powodów. Uważam, że aktorzy nie są źli w tym, co robią. Niestety nie mają w tym filmie co grać. Główna bohaterka ma potencjał. Może gdyby trafiła na dobry scenariusz i dobrego reżysera to mogłaby naprawdę fajnie zagrać. Niestety w filmie After jest kompletnie beznadziejna.
submitted by braciakoala to u/braciakoala [link] [comments]


2020.02.09 13:41 Bifobe Kapitalizm na peryferiach [wywiad z DGP]

- Konkurencja jest naczelną zasadą kapitalizmu, ale my uczyniliśmy z niej bożka, ideę o statusie dogmatu - mówi w wywiadzie dla DGP Maciej Grodzicki dr ekonomii z Uniwersytetu Jagiellońskiego. Jest autorem książki „Konwergencja w warunkach integracji gospodarczej. Grupa Wyszehradzka w globalnych łańcuchach wartości”.
Jakie były ostatnie lata dla polskiej gospodarki?
Makroekonomicznie to czas świetnej koniunktury: rekordowo wysoki poziom zatrudnienia i rekordowo niski bezrobocia, rosnące płace, spadek relacji zadłużenia publicznego do PKB i ograniczenie zadłużenia zagranicznego. Jako gospodarka nastawiona na eksport korzystaliśmy na dynamicznym popycie światowym, a do tego dołożyła się względnie mocna konsumpcja, wspierana transferami społecznymi.
Pojawiło się coś niepokojącego?
Narastały negatywne tendencje w sektorze przedsiębiorstw krajowych – skłonność do inwestycji w maszyny i urządzenia pozostawała umiarkowana, rosła rola kapitału zagranicznego w zatrudnieniu, produkcji i zyskach. Teraz, przy wzmożonej presji na podwyżki płac, także na skutek polityki rządu, część rodzimych firm może mieć problemy z konkurencyjnością. I z takim bagażem wchodzimy w fazę spowolnienia cyklu koniunkturalnego w Europie.
Jakiego rodzaju wyzwania przed nami?
Technologiczne, geopolityczne i te najbardziej odczuwalne, związane z katastrofą klimatyczną...
Poważny kaliber, poradzimy sobie z nimi?
Przyjrzyjmy się przez chwilę powstawaniu wartości w gospodarce. Nawet takie typowo rynkowe zagadnienie jak sukces eksportowy wynika ze splotu działań różnych procesów i organizacji – prywatnych i publicznych. Firmy eksportowe korzystają z pracowników wykształconych w publicznych szkołach i uczelniach, z usług publicznych, państwowej infrastruktury, lecz także z różnorodnych sieci wymiany informacji. Polska gospodarka dostarcza tych wszystkich publicznych zasobów.
Czyli nie jesteśmy na przegranej pozycji.
Wyzwania, o których mowa, mają charakter systemowy. Żeby im stawić czoła – jako społeczeństwo – potrzeba mechanizmów tworzenia i zarządzania zasobami publicznymi. Nie możemy oczekiwać, że rynek poprawi retencję wody, zapewni opiekę zdrowotną dla wszystkich, ustabilizuje zatrudnienie w trakcie gwałtownej zmiany technologicznej. Tu potrzebna jest współpraca agencji rządowych z samorządami, przedsiębiorstwami, uczelniami, związkami zawodowymi i innymi organizacjami. Tymczasem nasza peryferyjna gospodarka – i nasze społeczeństwo są nastawione na konkurencję.
Zatrzymajmy się przez moment przy naszej peryferyjności.
Pojęcie to rozumie się w ekonomii zazwyczaj jako stan zależności od zagranicy w kategoriach gospodarczych, finansowych i technologicznych, wynikający ze słabości rodzimego kapitału. Ale ważne jest polityczne znaczenie peryferyjności, dotyczące możliwości organizowania się i wpływania na rzeczywistość. Chodzi tu o różnorodne instytucje, grupy biznesowe czy pracownicze, a także ruchy społeczne – to one, organizując ludzi w działaniu, wchodząc w konflikty lub koalicje, mogą popychać różne sprawy do przodu. Dopiero wtedy dostrzegamy, że peryferyjność jest dynamicznym procesem, przechodzącym przez różne fazy – w tym boomy i kryzysy.
Jak tego typu uwarunkowania wpływają na rozwój naszej gospodarki?
Słabość naszych organizacji i klas społecznych lub ich bliskie powiązania z interesami światowego centrum są poważną barierą dla przeprowadzania projektów rozwojowych. Możemy sobie nakreślić na papierze piękne plany zakładające dążenie do gospodarczej suwerenności, ale ich realizacja zależy w dużej mierze od tego, czy zagraniczny kapitał, np. obserwując zmiany w prawie podatkowy, będzie usatysfakcjonowany z głównych kierunków regulacji i inwestycji. Podobnie, gdy popatrzymy na polskie prawo, to wyraźnie widać, jak ważne jest zabezpieczenie interesów międzynarodowych korporacji - stąd m.in. ciągła słabość Państwowej Inspekcji Pracy.
Polscy przedsiębiorcy i pracownicy nie są przeciwwagą?
Rodzimy kapitał jest rozdrobniony i słabo zorganizowany, w wielu przypadkach korzysta na probiznesowej legislacji wprowadzanej z myślą o zagranicznych korporacjach. Słabe są też krajowe sieci czy organizacje biznesowe, które mogłyby realizować większe i bardziej złożone projekty. Choć w ostatnich latach obserwuję coraz więcej takich inicjatyw, to nadal głównie rywalizują między sobą. Problem pojawia się, gdy jakaś firma chce faktycznie konkurować ze światowymi gigantami – i okazuje się, że bez wsparcia rządowego jest to praktycznie niemożliwe.
Jak w tym wszystkim odnajdują się nasi przedsiębiorcy?
Są sfrustrowani: ze strony rządzących słyszą o wstawaniu z kolan, a czują się dyskryminowani. Mają poczucie, że dla nich mnoży się podatki i przepisy, a ich zagraniczni konkurenci mogą liczyć na ułatwienia. Trzeba też pamiętać, że część polskich firm wyrosła w modelu organizacyjnym, który stał się archaiczny, i aby mogła konkurować z zagranicą, musiałaby zmienić sposób funkcjonowania. Przez to również ich polityczny i społeczny potencjał jako organizacji, które dają wysokie dochody i atrakcyjną pracę, jest ograniczony.
A z co pracownikami?
Ich siła polityczna jest niewspółmiernie mała w porównaniu do znaczenia ekonomicznego – są przecież de facto naszym najważniejszym zasobem eksportowym. Mamy bardzo niski poziom uzwiązkowienia i przetargów zbiorowych dotyczących płac i warunków zatrudnienia. Mogę jednak zauważyć, że ostatnie lata to nie tylko pojawienie się cyklicznej presji płacowej w wielu sektorach gospodarki, lecz także powrót zorganizowanych działań pracowniczych – strajków czy sporów zbiorowych. Związki zawodowe w wielu branżach tak naprawdę dopiero uczą się rzemiosła. W tych warunkach głównym kanałem realizacji interesów pracowniczych, i swoistym wentylem dla niezadowolenia społecznego, jest polityka partyjna. Ta jednak jest ze swojej natury raczej sojusznikiem dużego kapitału i nie zastąpi w gospodarce niezależnych związków zawodowych.
Politycy obozu rządzącego powtarzają, jak wiele udało im się osiągnąć w myśleniu o gospodarce i codziennej politycznej praktyce. Czy to tylko czcze przechwałki, czy jest w nich jakieś ziarno prawdy?
Obserwując to, co się dzieje w ostatnich latach, trudno nie zauważyć, że część silnie zakorzenionych wyobrażeń na temat gospodarki udało się partii rządzącej przełamać. Wprowadzono transfery społeczne, podniesiono płacę minimalną i niektóre podatki. Daleki jednak jestem od tych, którzy traktują PiS jako nową jakość, czy to w zakresie polityki rynku pracy, czy w polityce innowacyjności i przemysłowej.
A co widać, gdy popatrzymy na flagowy projekt rządzących, czyli Strategię Odpowiedzialnego Rozwoju?
To, co miało być sednem innowacyjności i otworzyć przed nami długookresową perspektywę rozwoju, okazało się atrakcyjne przede wszystkim retorycznie. Z chęcią poznałbym ocenę planu Mateusza Morawieckiego na koniec pierwszej kadencji rządu PiS, gdyż nie widać realizacji zapowiadanych projektów – z wyjątkiem rozszerzenia przez Polski Fundusz Rozwoju oferty finansowej dla przedsiębiorstw. Potwierdzają się moje wątpliwości, że SOR będzie kontynuacją neoliberalnej linii politycznej. Paradoksalnie można zauważyć, że polityką rządu, która w największym stopniu wpłynęła na sektor przedsiębiorstw, był program 500+, który przynajmniej w niektórych branżach i regionach kraju obniżył dostępność tanich pracowników.
Aktualny model rozwoju naszej gospodarki to w takim razie nadal niskie koszty pracy plus ulgi podatkowe dla międzynarodowych korporacji. Przez wiele lat wśród elit obowiązywał pewien konsensus wokół tego tematu, tymczasem w ostatnich miesiącach możemy śledzić ostry spór między lewicą a rządzącą prawicą o to, czy i w jakim stopniu powinniśmy opodatkować międzynarodowe korporacje.
Ten spór pokazuje nam jedynie wycinek bardzo złożonej kwestii dotyczącej wpływu kapitału międzynarodowego na społeczeństwa. Refleksję na ten temat powinniśmy zacząć od lat 90., kiedy to decyzje kolejnych rządów, zamierzone bądź przypadkowe, stworzyły z Polski kraj konkurencji – by użyć terminu czeskiego ekonomisty Jana Drahokoupila. Konkurencja jest naczelną zasadą kapitalizmu, ale my uczyniliśmy z niej bożka, ideę o statusie dogmatu. W tej nigdy publicznie nieprzedyskutowanej strategii rozwojowej funkcjonowanie gospodarki, jeśli nie całego społeczeństwa, podporządkowano wymogom konkurencji o zagraniczny kapitał i rynki zbytu. Ten model rozwoju przy dozie szczęścia przynosi szybką dynamikę PKB, czym emocjonowano się w ostatnich latach. Ale rodzi też problemy, które podkopują stabilność społeczną i gospodarczą.
Czyli?
Pierwsza rzecz to niestabilne fundamenty gospodarki – rozumiane jako przedsiębiorstwa z ich organizacją produkcji, wiedzą i znacznymi kapitałami własnymi. My zostaliśmy rzuceni na bardzo głęboką wodę międzynarodowej konkurencji bez żadnego przygotowania. Nawet gorzej, zostaliśmy rzuceni z połamanymi nogami. W rezultacie, by nie pójść na dno, musimy machać rękami coraz szybciej, ale i to nie daje nam gwarancji utrzymania się na powierzchni wody. W latach 90., gdy uwolniono w Polsce handel zagraniczny i przepływy kapitałowe, krajowa baza przedsiębiorstw raz po raz dostawała po głowie – wiele z nich wraz z otwarciem się na import, jednak kluczową kwestią była prywatyzacja. Jeśli dziś mówimy, że niskie kapitały własne naszych firm są barierą dla finansowania dalszego rozwoju, to jest to głównie zasługą tego, że gigantyczny kapitał, który wymagał modernizacji, został – mówiąc wprost – zaorany albo wyprzedany.
Czyli można obiektywnie spoglądać na rzeczywistość przez pryzmat prywatyzacji?
Dla mnie współcześnie jest to proces o tyle ważny, że stworzył podwaliny pod kraj tanich zasobów – pracy i natury. Terapia szokowa, ale również późniejsze procesy prywatyzacji, liberalizacji handlu i restrykcyjnej polityki gospodarczej doprowadziły do wysokiego bezrobocia, stłumiły na długo związki zawodowe i rozbiły systemy zabezpieczenia społecznego. To dzięki temu nasze płace stanowią nominalnie 36 proc. poziomu w Niemczech i nadal jesteśmy atrakcyjni dla zagranicznego kapitału.
Zwrócił pan uwagę na to, że w Polsce tania jest także natura.
Przetwarzamy na potęgę lasy, glebę czy zwierzęta hodowlane. Produkujemy tony cementu, drewna czy wieprzowiny. Dla mnie jednak jest to kolejne odbicie podporządkowania całej organizacji społecznej wymogom międzynarodowej rywalizacji. Konkurencja, np. rynkowa – między przedsiębiorstwami, ma swoje zalety, bo mobilizuje do wysiłku i kreatywności. Przykładając jednak zasadę konkurencji do bardziej złożonych problemów środowiskowych, społecznych czy technologicznych, jedynie trwonimy masę energii i zasobów.
Możliwy był inny scenariusz?
Jeśli spojrzymy na Czechy, to zobaczymy, jak tam dbano o to, żeby dana firma nie upadła, a majątek i miejsca pracy nie przepadły. Czesi byli świadomi tego, że to bardzo ciężko odtworzyć. Nawet jeśli obecnie również są daleko od Niemiec, uniknęli dramatu społecznego związanego z wysokim bezrobociem, ubóstwem i masową emigracją. Jestem świadom wielu ułomności porównania Polski do Czech, ale chciałbym podkreślić, że globalizacja też nie jest aż tak bezwzględna, jak się czasem może wydawać – dużo zależy od tego, jak do niej podejść.
Odnowić gospodarcze oblicze tej ziemi miały inwestycje zagraniczne.
Pytania – w jaki sposób i dla kogo? Ekonomista rozwoju Hans Singer już przed 70 laty zwracał uwagę, że w tym przypadku w pierwszej kolejności korzyści przypadają krajom macierzystym inwestorów. Gdy pojawia się informacja, że jakaś korporacja inwestuje w Polsce 100 mln dol., to ze strony dużej części analityków możemy usłyszeć zachwyty, tak jakby zupełnie nieważne było to, że aż 80 mln dol. zostanie wydanych w rodzimym kraju korporacji – na maszyny czy komponenty. Jak się wgryźć w szczegóły, widać, co się kryje za takimi działaniami: inwestor nabył ziemię na preferencyjnych warunkach, państwo zwolniło go z płacenia podatków i jeszcze większość menedżerów pochodzi z macierzystego kraju. Jedyne, czego odpłatnie dostarcza Polska, to praca – względnie tania i nieuzwiązkowiona. Kiedyś z tego typu praktykami kojarzono kolonializm.
Dla Polaków z dużych miast to, o czym rozmawiamy, może brzmieć absurdalnie.
Nie dziwię im się, dla nich praca w korporacji bywa nudna, czasem bezcelowa, ale mimo wszystko trochę prestiżowa i pozwalająca relatywnie dobrze żyć. Dla pokoleń Polaków korpo świadczące usługi biznesowe lub finansowe to domyślne miejsce pracy, oferujące nieraz spory awans materialny. Tę wielkomiejską bajkę wypadałoby jednak nieco zniuansować.
Proszę to zrobić.
Po pierwsze, popatrzmy na liczne magazyny i zakłady produkcyjne korporacji – tam warunki pracy i wynagradzania są gorsze niż na stanowiskach w centralach. Po drugie, nawet w miastach praca w korpo kojarzona jest z przepracowaniem, niską podmiotowością pracowników czy ograniczonymi możliwościami awansu. Wreszcie, po trzecie, napływ korporacji do takich miast jak Warszawa czy Kraków to także potężny drenaż mózgów – jakby nie było duża część naszych najbardziej uzdolnionych absolwentek i absolwentów sprzedaje swój talent i wysokie kompetencje zagranicznemu biznesowi. Mało która polska firma, nie mówiąc o startupie czy instytucji publicznej, może zaoferować im na początek konkurencyjne warunki pracy.
Jakie jeszcze są ograniczeniacmodelu kraju konkurencji?
Dotknęliśmy już trochę drugiej kluczowej kwestii – podziału korzyści płynących z eksportu. Kiedy słyszymy, że „polska gospodarka staje się tygrysem Europy”, to czyją życiową sytuację ten tygrys faktycznie poprawia i czyje potrzeby zaspokaja? Czy my w ogóle tego tygrysa potrzebujemy? Mało kto stawia takie pytania… A przecież to, co, jak i dla kogo produkujemy, wiąże się z podziałem dochodów i warunkami życia ludności. Konkurując o zagraniczne rynki zbytu, nie mamy wielu atutów, które pozwoliłyby nam dyktować warunki – takich jak złożone innowacyjne organizacje. W praktyce w wielu sektorach rywalizujemy ceną. Choć bezpośrednio w eksport zaangażowanych jest kilkanaście tysięcy firm zatrudniających kilka milionów ludzi, w pewnym momencie gospodarka i społeczeństwo zaczynają podlegać wymogom konkurencji międzynarodowej i regule najniższej ceny, niczym w uporczywej reklamie radiowej.
Co to dla nas oznacza?
Że wrażliwe stają się takie kwestie, jak wzrost wynagrodzeń dla nauczycieli, podniesienie podatków i składek ubezpieczeniowych, zastanawiamy się, czy zwiększyć inwestycje publiczne, czy odłożyć to w czasie na wyobrażone kiedyś, gdy będzie nas na to już stać. Wszystkie te decyzje zaczynają być ważne dla logiki kraju konkurencji, nawet jeśli instytucje międzynarodowe i zagraniczni inwestorzy się nimi nie przejmują. Nietrudno połączyć to z nierównościami społecznymi – i z ich rekordowym wzrostem w Polsce, według badań World Inequality Lab. Logika ciągłego oszczędzania na ważnych celach społecznych lub na wynagrodzeniach pracowników odbija się w pierwszej kolejności na najsłabszych. Tym silniejszym grupom zawodowym czy biznesowym pozwala to z kolei akumulować większą część dochodów z eksportu.
Wyobraźmy sobie, że obowiązujący model trzyma się mocno przez kolejne lata, co wtedy?
Patrząc wyłącznie tu i teraz, nie jest źle. Jesteśmy ważnym partnerem Niemiec, a ich przemysł również jest pewnym stopniu zależny od naszych zakładów. Ale mając na uwadze asymetrię siły między oboma krajami, przewagę technologiczną i finansową Niemiec, widzimy, że to są mrzonki. To jest jak z dwoma kumplami, którzy się lubią, choć to szorstka przyjaźń, a po robocie idą razem na piwo, ale tak długo jak jeden będzie zatrudniał drugiego, nie będzie między nimi równowagi. Makroekonomicznie to my jesteśmy w tej relacji dłużnikiem i pracownikiem, Niemcy – wierzycielem i zatrudniającym. Kluczowe dla przyszłości naszej pozycji i tej relacji będzie najbliższe kilka lat.
Dzisiaj jeszcze tego nie wiemy?
Jeden z klasycznych ekonomistów, Richard Baldwin, pisze o połączeniu globalizacji z robotyzacją, co nazywa globotyzacją. Taki kierunek rozwoju zawiera w sobie możliwość zupełnie nowej rekonfiguracji globalnych łańcuchów wartości, oto nagle część procesów najbardziej pracochłonnych, które były w pierwszej kolejności eksportowane, wróci do krajów, z których pochodzą firmy, ponieważ okaże się, że roboty bądź algorytmy zrobią to szybciej, sprawniej, i to również w obszarze prostych usług biznesowych.
Co nam wtedy zostanie?
Jest też druga strona globotyzacji, szereg czynności, które będą wykonywane przez człowieka, ale z dużym udziałem rozwiniętych technologii. Według tej wizji chirurdzy z Polski będą mogli zdalnie przez komputer operować w USA, a nauczyciele prowadzić lekcje dla Chińczyków. W tym momencie jednak znów wracamy do punktu wyjścia – aby móc przeprowadzać takie zabiegi, to nawet jeśli jesteśmy w Polsce i mamy przewagę niskich kosztów, musimy mieć ten kapitał i firmy, które podejmą się tego typu przedsięwzięć.
To jednak chyba zbyt odległa wizja przyszłości.
Zarówno lektura raportów międzynarodowych firm konsultingowych, jak i rozmowy z pracownikami polskich oddziałów korporacji wskazują, że wiele firm światowych przygotowuje się do tego intensywnie, np. testując oprogramowanie zastępujące procesy obsługi księgowej. To jeszcze nie jest wdrażane na szeroką skalę, ale to kwestia czasu, aż kolejne stanowiska pracy zostaną zastąpione przez nowe technologie. Co w takim momencie przechodzenia z jednej epoki do drugiej może zrobić taki kraj jak Polska? Kończy się etap globalizacji o znanym nam modelu. Zaczynamy funkcjonować w nowym techno-ekonomicznym paradygmacie, który tworzy nowych liderów i nowe monopolistyczne firmy, ale i nowe nisze rynkowe. Dla państw takich jak Polska jest to zatem spore zagrożenie, ale i szansa – jeśli chcieć spojrzeć na nowy układ sił bardziej podmiotowo. Odpowiedzialny rząd powinien również zacząć szacować skalę ryzyka technologicznego – jakby nie było setki tysięcy pracowników związało swoją przyszłość, także kredytową, z możliwością dobrze płatnej pracy w oddziale zagranicznej korporacji.
Będziemy potrafili wykorzystać te szanse?
One wymagają sporych nakładów kapitałowych i technologii – i jeśli widzimy, że już nagromadziły się pewne sprzeczności, które ograniczają rozwój, to nadszedł dobry moment na to, by je określić i rozwiązać. Moim zdaniem sednem będzie właśnie porzucenie logiki konkurencji w różnych obszarach polityki gospodarczej. Na przykład sposoby zarządzania wspólnymi zasobami będą tu nieocenione – bo dane cyfrowe, algorytmy czy technologie energetyczne to właśnie kluczowe wspólne zasoby. Budowa sieci przedsiębiorstw innowacyjnych w wybranych gałęziach gospodarki, korzystających z lokalnych łańcuchów dostaw to rzeczy, które pozwalają myśleć o nowym gospodarczym otwarciu. Ale potencjał do organizacji działań na zasadzie sieci, także aranżowanej przez państwo, istnieje również w tradycyjnych branżach, np. w rolnictwie i handlu.
Co w wielu rozwiniętych krajach ma miejsce; czy to znaczy, że państwo ma ważną rolę do odegrania w tym procesie?
Państwo jest podmiotem, który dysponuje ogromnym potencjałem i możemy go wykorzystać na wielu poziomach, od koordynowania zmian technologicznych począwszy, a skończywszy na polityce energetycznej wykraczającej poza doraźny horyzont czasowy. Państwo polskie jeśli chce, to jest w stanie zarządzać dużymi projektami, potrafi wywrzeć wpływ i wymusić takie kwestie jak reguły podatkowe czy zorganizować systemy świadczeń społecznych. Działań o takiej skali nie są w stanie koordynować organizacyjnie i finansowo prywatne firmy. Jeśli jednak myślimy o tym na poważnie, to nie uciekniemy też od tego, żeby polityka fiskalna państwa pełniła także funkcję rozwojową.
Obecnie jako społeczeństwo zaczynamy się oswajać z perspektywą podatków, z których finansujemy usługi społeczne.
Zgadza się, ale oprócz funkcji społecznej i redystrybucyjnej polityka fiskalna powinna finansować kluczową infrastrukturę, np. w obszarze energetycznym czy nowych technologii. Takie postulaty wymagają jednak przeproszenia się z ideą wyższych podatków i przyjęcia, że budżet państwa jest narzędziem realizacji ważnych celów społecznych, a nie jedynie kosztem i obciążeniem. W polityce na poziomie UE warto wprowadzać i popierać postulaty, które pozwolą inaczej niż dotychczas spojrzeć na globalne łańcuchy wartości. Skoro np. w produkcji samochodów uczestniczą pracownicy i firmy z 20 państw, to czemu zyski płyną tylko do jednego z nich, a ta sama praca jest różnorodnie wynagradzana? Tu również logikę konkurencji warto, na początek w warstwie idei, zastępować wspólnotowością.
To już brzmi rewolucyjnie.
Oczywiście to jest trudne, bo by oznaczało kurs w poprzek całej dotychczasowej logiki UE jako strefy wolnego handlu. W praktyce ten wolny handel oznacza dla maluczkich wzajemną konkurencję o resztki z pańskiego stołu, zaś najwięksi potrafią dobrze lobbować o swoje interesy na poziomie Komisji Europejskiej. To wymagałoby zapewne koalicji z sąsiadami z regionu, w tym sensie Wyszehrad mógłby być drogą, dzięki której ugramy razem z państwami z naszego regionu o wiele więcej, niż gdybyśmy ze sobą konkurowali.
To w znacznym stopniu problematyzuje opowieść o kapitalizmie, którą ekonomiści i wspierający ich politycy popularyzowali w Polsce przez ostatnie trzy dekady.
Kapitalizm cechuje się tym, że szuka najtańszych i najprostszych sposobów uzyskiwania zysków. Jeśli nie ma oporu ze strony pracowników, organizacji, wspólnoty, to model najtańszych zysków staje się normą i może trwać latami. Innowacyjność, nowe technologie organizacji pracy czy duże projekty infrastrukturalne są kosztowne, złożone i zawsze będę związane z ryzykiem. Gdy popatrzymy na Niemcy, które tak często są w Polsce przywoływane jako wzór rozwoju gospodarczego, to tam polityka publiczna działa w ramach sieci, a konkurencja jest tylko jednym ze sposobów organizowania społeczeństwa.
Autor: Kacper Leśniewicz Wersja online (paywall)
submitted by Bifobe to Polska [link] [comments]


2018.07.11 15:21 Arald98 Pasta o Julce

PROLOG
lvl 9 Dawid idę sobie radośnie do podbazy to jeszcze ten czas, w którym lubi się chodzić do szkoły na początku lekcja Religii, potem przerwa - czas zabaw wszystko supi, gramy sobie w berka myślałem już, że to będzie taki piękny dzień gdy Golem przyszedł do szkoły... Golem był dwa lata starszy, i ciągle się nade mną znęcał nauczyciele nic mu nie robili, bo jego ojciec wpłacał im jakieś dotacje na kiju właśnie biegłem od ściany do ściany, aby uciec przed berkiem wtedy Golem znikąd podstawił mi nogę i przewróciłem się na twarz straciłem wtedy chyba trzy zęby mleczne przechodząc rzucił tylko ze śmiechem "Uważaj jak biegasz młody!" moje oczy zalały się łzami a koledzy zaczęli śmieszkować byleby przypodobać się Golemowi taka sytuacja nie miała miejsca po raz pierwszy zawsze, gdy chciałem być sam, uciekałem do szkolnej kotłowni mój tata - konserwator pracujący w szkole zawsze był zajęty i nie zauważał jak przemykam przez jego pokój żeby wejść do dziury znajdującej się za dużym bojlerem pomieszczenie, do którego prowadziła dziura (nazywane przeze mnie Smoczą Grotą) mogłoby pomieścić trzech dojrzałych mężczyzn jednak sama dziura, była nawet dla małego mnie dość ciasna jak zwykle wtuliłem się w kąt wyłożony miękką gąbką po chwili, po przeciwnej stronie Groty usłyszałem jakiś dźwięk na początku uznałem, że to tylko syczenie rury podłączonej do bojlera jednak gdy po chwili źródło dźwięku zaczęło świecić mi w oczy latarką okazało się, że jest to mała dziewczynka siedziała skulona w kącie i płakała, na mój widok odrobinę się przestraszyła jako mały gówniak jeszcze nie do końca wiedziałem jak into loszki więc zacząłem rozmowę najlepiej jak potrafiłem:
(D)awid - "Co robisz w mojej kryjówce? Idź stąd!" (J)ulka - "To wcale nie twoja kryjówka, jest tak samo moja, jak i twoja!" D - "Byłem tu pierwszy! Zaraz powiem mojemu tacie i cię stąd wygoni!" J - "To zróbmy tak - ty pozwolisz mi tutaj siedzieć, a ja pomogę ci rozprawić się z tym chłopakiem, który ci dokucza." J - "Przecież dlatego tu siedzisz i płaczesz, prawda?" D - "Wcale nie płaczę! Nie jestem frajerem! A skąd wiesz, że Golem mi dokucza?" J - "Golem?" - zaśmiała się pod nosem, jakby chciała sprawiać wrażenie, że ukrywa coś przede mną J - "Twój Golem to tak na prawdę całkiem pocieszny chłopak, każdy potwór ma w sobie trochę z owieczki" D - "Niech będzie! Mamy układ, nie wierze ze Golem się ode mnie odczepi przez jakąś babę!" J - "Podaj mi mały palec" - powiedziała wysuwając malutki palec prawej ręki, który zdawał się znikać w świetle latarki złapałem ją za palec używając mojego, tak właśnie miała się rozpocząć moja wieloletnia przygoda z Julką plan zgładzenia Golema stworzony przez Julkę był bardzo przebiegły na początek, miałem odciągnąć szkolną sekretarkę z sekretariatu przygotowałem czerwoną farbę i rozcieńczyłem wodą bez zbędnych ceregieli, gdy drzwi do sekretariatu się otworzyły wylałem na siebie zawartość przygotowanego pojemnika i zacząłem krzyczeć gdy ja trzepałem się na ziemi i zebrałem wokół siebie jakiś tuzin nauczycieli - Julka podeszła do komputera w sekretariacie i wydrukowała około trzydziestu zdjęć ojca Golema - pana Żarowicza oczywiście moi rodzice zostali wezwani do szkoły i miałem karę na wychodzenie z domu, ale jak niedługo później się przekonałem opłacało się gdy następnego dnia przyszedłem do szkoły na każdej ścianie było zawieszone zdjęcie ojca Golema z dorysowanym wąsem i napisem "ŻARÓWA PARÓWA" jak przystało na śmieszków w naszym wieku Golem gdy przyszedł do szkoły i zobaczył swojego starego na drzwiach ubikacji zaczął krzyczeć, że dowie się kto to zrobił i zabije afera na całą szkołę, specjalnie zwołali rodziców większości uczniów żeby znaleźć sprawcę ale to był dopiero początek poczekaliśmy aż wszystko się uspokoi w międzyczasie trochę lepiej poznałem Julkę
Dziewczyna jest rok młodsza ode mnie, ma krótkie blond włosy, które często wiąże w kitki. Jej tata importuje owoce i warzywa zza granicy i sprzedaje wielu firmom w Polsce. Jej mama jest malarką i aktorką teatralną. Lubi czytać książki i oglądać filmy oraz malować. Przez 8 lat przeprowadzała się kilka razy. W skrócie - życie zupełnie inne od mojego. Ja - syn szkolnego konserwatora i bezrobotnej chorej matki żyłem w zupełnie innym świecie.
kolejną fazą naszego planu, było dać znać Golemowi kto stąpa mu po piętach, jednocześnie będąc odpornym na kontrataki planem było wkręcić mu, że mamy zdjęcia jak pije piwo i wyślemy jego tacie wszyscy w szkole wiedzieli, że Golem rzeczywiście popija od czasu do czasu zobrazujcie to sobie - mały chłopaczek i drobna dziewczynka grożą dwa razy większemu chłopakowi prosto w twarz oczywiście - plan nie wypalił w głowie przewijały mi się wszystkie możliwe sytuacje, od spłukiwania w toalecie po łamanie kości starałem się jednak udawać pewnego siebie, byłem przekonany, że Julka wpadnie na jakiś pomysł jednak gdy się odwróciłem, zauważyłem ją schowaną za drzwiami łazienki i stałem tam, sam na sam, ja i mój odwieczny wróg Golem zaczął napierać na mnie chcąc mnie złapać całe życie przeleciało mi przed oczami, a nie było ono za długie próbując zablokować cios Golema, instynktownie podniosłem kolano do góry, utrzymując się na jednej nodze dzięki bogu zrobiłem to w odpowiednim momencie i w wyniku mojej paniki mój przeciwnik już leżał na ziemi oszołomiony ciosem z kolana w brodę wtedy wszyscy wokół zaczęli klaskać i śmiać się na widok płaczącego Golema ja jednak wcale nie byłem szczęśliwy, nie mogłem uwierzyć, że w momencie apogeum naszego starcia Julka zostawiła mnie samego po chwili zobaczyłem ją wybiegającą z toalety, z uśmiechem na twarzy odsłaniającym brakujące mleczne zęby podbiegła i wystawiła rękę jednoznacznie licząc na zwycięską "piątkę" D - "Dlaczego mnie tu zostawiłaś? Mogłem zginąć!" J - "Wcale nie! Wiedziałam, że ci się uda, musiałeś tylko uwierzyć w siebie" D - "Po prostu przyznaj, że się wystraszyłaś i uciekłaś... W końcu jesteś dziewczyną, nie wiem czego się spodziewałem" odszedłem pozostawiając Julkę z pobłażliwą miną, nie wydawała się ona smutna, wręcz przeciwnie, z jakiegoś powodu czuła radość i dumę następnego dnia Golem przeprosił mnie za wszystko co mi zrobił, wytłumaczył, że jego ojciec zajmuje się tylko i wyłącznie pracą, nie ma dla niego czasu i tylko na mnie odreagowywał od tego czasu zacząłem kumplować się z dwa lata starszym chłopakiem imieniem Grzesiek w końcu "każdy potwór ma w sobie trochę z owieczki" zobaczyłem się z Julką i spytałem, dlaczego ona płakała gdy spotkaliśmy się w Grocie odpowiedziała "Mój tata miał wypadek" nagle zbladła po chwili ciszy spytałem "Zostaniesz moją przyjaciółką?" uśmiechnęła się do mnie i pobiegła w stronę klasy
AKT I
lvl 14 przyjaźnię się od dłuższego czasu z Grześkiem właściwie to dzięki niemu stałem się dość popularny w szkole no i oczywiście jest jeszcze Julka jej ojciec zginął w tamtym wypadku zabrał ze sobą czteroosobową rodzinę z nadjeżdżającego zza zakrętu pojazdu od tamtego czasu bardzo się do siebie zbliżyliśmy, spędzaliśmy więcej czasu razem niż samotnie łączyło nas kilka zainteresowań - filmy, podobny rodzaj muzyki mimo wielu różnic, a może właśnie dzięki nim bardzo dobrze się dogadywaliśmy i zawsze mieliśmy jakiś temat do rozmowy w każdej szkole istnieje podział na kilka grup popularni, nerdy, metalowcy itp. itd. my tworzyliśmy swoją własną - we dwoje każdy ze szkoły nas znał, chociaż nic o nas właściwie nie wiedział nazywano nas pobłażliwie "Kochasiami" w pewien piątek wracałem do domu bardzo późno, pomagałem w organizacji dyskoteki szkolnej była zima, bardzo szybko się ściemniało szedłem właśnie aleją, która skraca moją drogę do domu o jakieś 300m rodzice zawsze zabraniali mi tędy chodzić nocą, nie ma tutaj żadnych reflektorów i często nocują tu bezdomni księżyc świecący między budynkami odbijał się w kałużach powstałych po niedawno wytopionym śniegu na budynku po lewej świeci lekką purpurą hotelowy neon pod skórzanymi butami słyszę powolny, harmonijny dźwięk pluskającej wody nagle staje się on dużo szybszy zdałem sobie sprawę, że ktoś za mną biegnie zacząłem biec przed siebie w strachu przed przestrogami rodziców w końcu skręciłem chowając się w wejściu do miejscowej rzeźni stałem odwrócony do ściany, licząc na szczęście cały się trzęsłem nagle poczułem delikatny dotyk na moich plecach oczywiście przestraszyłem się i krzyknąłem jako odpowiedź otrzymałem "Cicho bądź głuptasie!" wtedy zdałem sobie sprawę, że to Julka odwróciłem się do niej i już miałem coś powiedzieć, gdy zasłoniła mi usta delikatną drobną dłonią wyraźnie dając mi znak abym zachował ciszę za jej plecami zauważyłem dwa cienie szybko przemykające przez aleję staliśmy tak około dwóch minut, Julka cały czas trzymała rękę na moich ustach w końcu wyjrzała zza rogu i dała mi znak do wyjścia w drugiej ręce trzymała dużą butelkę szkockiej D - "To ty pijesz?" J - "Jasne, że nie!" - odpowiedziała z cichym śmiechem, jakby nadal bała się, że "cienie" wrócą D - "W takim razie skąd to masz?" J - "Ukradłam" - grymas na jej twarzy ukazywał samouwielbienie i dumę co bardzo mnie zdziwiło D - "Ukradłaś!? Że co?" J - "Nie panikuj, odniosę jutro obiecuję!" J - "Chodziło tylko o odrobinę adrenaliny, rozumiesz prawda?" - powiedziała sarkastycznie, jako że wiedziała, iż nigdy nie byłem ryzykantem J - "Masz zamiar tak tu stać? No chodź, pokażę ci coś!" pobiegłem żwawo za Julką, wyraźnie podekscytowany, zawsze uwielbiałem jej tajemniczość po 30. minutach już staliśmy pod budynkiem szkoły za dziurawą rynną leżała drewniana płyta, która po odsunięciu odsłaniała wybite okno dające dostęp do kotłowni szkolnej Julka odważnie wskoczyła do środka i wyciągnęła w moją stronę rękę z uśmiechem wskoczyłem za nią, po chwili już staliśmy przed "Smoczą Grotą" staliśmy tam dobre pięć minut, wtedy złapała mnie za rękę i przytuliła do ramienia miała na sobie kremowy sweter, czarną spódnicę do kolan i czarną czapkę założoną na uszy w taki sposób aby odsłonić jedynie jasną grzywkę lekko powiewającą przez ciepłe powietrze ze szkolnej wentylacji po chwili gwałtownie wzięła z biurka młotek i zaczęła powiększać wejście do Groty weszła do środka i pociągnęła mnie za rękę usiedliśmy oboje oparci o miękką wykładzinę Julka wyjęła z plecaka świecę i z pomocą zapałek rozpaliła ją rozświetlając małe pomieszczenie oparła głowę o delikatną ścianę, jej oddech uspokoił się, stał się ledwo słyszalny J - "Myślisz, że kiedy nas już tu nie będzie, to czy ktokolwiek będzie za nami tęsknił?" jej głos był spokojny i melodyjny, był cichy ale rozniósł się po kotłowni harmonijnym echem D - "Nie wiem i szczerze mówiąc to nie obchodzi mnie to" J - "Właściwie to mnie chyba też nie..." jej ciemnozielone oczy zaszkliły się, widać było w nich rozmyty blask świecy D - "Ale zawsze możemy liczyć na siebie, prawda?" momentalnie rozpromieniała a na jej twarzy pojawił się stłumiony uśmieszek, jakoby spodziewała się moich słów przez chwilę patrzyliśmy wspólnie w ogień świecy odwróciłem się próbując coś powiedzieć zobaczyłem leżącą spokojnie Julkę, jej oddech był rytmiczny i spokojny - spała przykryłem ją moim płaszczem i zabrałem butelkę whiskey wyszedłem z dziury i odniosłem butelkę do sklepu, przepraszając za to co zrobiłem na szczęście sprzedawca okazał się całkiem miłym facetem wróciłem do szkoły i położyłem się obok Julki po chwili zasypiając
AKT II
lvl 17 wyprowadziłem się do miasta, tak się złożyło, że razem z Julką nowe znajomości, pierwsze inby właśnie na jednej z nich poznałem Natalię wysoka, śliczna brunetka, marzenie każdego faceta w okolicy trochę zacząłem olewać Julkę, w moim domu ciągle przesiadywała pierwsza miłość Julka wydawała się uradowana, że miałem dziewczynę bardzo zmieniła się przez te kilka lat, stała się bardziej skryta i cicha nawet zaczęły się lubić - wspólnie malować paznokcie i inne takie babskie sprawy cieszyłem się, ale w głębi duszy miałem nadzieję na odrobinę zazdrości minęły trzy miesiące a Natalia zamieszkała z nami nasze mieszkanie było całkiem spore, tylko dwa pokoje ale z pokaźną powierzchnią w szkole szło mi świetnie i w dodatku w każdy weekend inby ze śliczną dziewczyną moją osiemnastkę spędziliśmy w trójkę w plenerze, nie chciałem robić z niej imprezy gdy Julka zasnęła przeżyłem swój pierwszy raz z Natalią mijały kolejne tygodnie od czasu do czasu wpadał do nas Grzesiek ale nie będę tracił czasu na opisywanie moich relacji z nim w każdym razie był to mój najlepszy kumpel pewnego razu poszedłem z Grześkiem i Natalią do klubu Julka musiała uczyć się do egzaminu i tak zawsze tylko stała przy barze i wychodziła bardzo szybko typowa imprezowa rutyna lufa, lufa, do łazienki na blanta, kolejna lufa minęło tak z 2 godziny na tańczeniu, ładnie się wkręciłem poznałem jednego Tomka, gadaliśmy sobie o filmach, wydawał się spoko mordeczką z oczu zniknęli mi Grzesiek i Natalia no to idę do łazienki ich poszukać, nawet w damskiej sprawdziłem - nic idę na parking zapalić fajkę no a z mojego samochodu słychać jęki otwieram drzwi a tam Grzesiek pier,doli moją dziewczynę oczywiście tłumaczenie, że to przez alkohol i zioło kazałem im obu spier,dalać do domu wróciłem wkur,wiony jak nigdy, zebrałem rzeczy Natalii i wyrzuciłem przed mieszkanie Julka nawet o nic nie pytała, wyraźnie wyczuła co się stało położyłem się do łóżka całą noc nie mogłem spać późną nocą do mojego pokoju przyszła Julka stanęła przed moim łóżkiem, w długiej koszulce sięgającej jej prawie do kolan z mokrymi, rozpuszczonymi włosami chwilę tak stała i patrzyła na mnie, chyba myśląc, że śpię jej sylwetka była idealnie widoczna w świetle księżyca przebijającym się przez firany po chwili cicho podeszła do łóżka i delikatnie wsunęła pod grubą, ciężką kołdrę przytulając do mojej piersi oczywiście pomyślałem, że to dość jednoznaczne ale nie myślałem o tym za dużo owej nocy po dużej ilości alkoholu obudziłem się wcześnie rano, obudził mnie dźwięk rozbijanej butelki piętro wyżej Julka wciąż spała a spod puchowej kołdry wystawał tylko jej mały nosek objąłem ją delikatnie przez te wszystkie intensywne dla mnie miesiące ona pilnie się uczyła, nigdy mi nie dorównując lecz będąc niewiele gorsza nigdy nie chodziła na imprezy, zawsze wolała ciszę i spokój od facetów również się odganiała jestem też przekonany, że nigdy się nawet nie całowała - mimo niewątpliwej urody może jest lesbijką? Nie - nie ukrywałaby tego przede mną Natalia miała dwóch facetów przede mną, nie była dziewicą gdy zaczęliśmy być razem poczułem się dość wyjątkowo myśląc, że nikt nie zbliżył się do Julki tak bardzo jak ja mimo, że jedynie się czasem przytulaliśmy, to jej ciało należało do mnie tak jak do nikogo innego nigdy wcześniej co ja w ogóle gadam? ona wcale nie jest w moim typie... to po prostu dobra koleżanka muszę jej powiedzieć, że nic z tego nie będzie wyskoczyłem z łóżka, ubrałem się i usiadłem na fotelu stojącym przed łóżkiem na którym wciąż spała Julka po jakiś dwudziestu minutach otworzyła oczy ziewając i przeciągając się niczym kot spojrzała na mnie ze słodkim uśmiechem czułem się okropnie będąc zobligowanym do powiedzenia jej co o nas myślę w końcu w ogóle do siebie nie pasowaliśmy! D - "Słuchaj, powiem prosto z mostu... My nie możemy być razem, ja nie myślę o tobie w ten sposób" na jej twarzy pojawił się grymas zdziwienia a jej oczy zalały się łzami D - "To nie chodzi o to, że czegoś ci brakuje, po prostu... nie pasujemy do siebie, wolę inny typ dziewczyny" mój głos stał się drżący, wręcz histeryczny nawet nic nie odpowiedziała, tylko wybiegła z płaczem ubrała się i wyszła
AKT III
Julka wróciła wtedy bardzo późnym wieczorem, śmierdziała alkoholem, była kompletnie pijana było to do niej bardzo niepodobne, wystraszyłem się położyła się na kanapie i zaczęła śmiać opowiedziała mi o poznanym chłopaku, dała mu swój numer i umówiła się za kilka dni chyba nigdy nie widziałem jej tak szczęśliwej wywołało to u mnie zakłopotanie, trochę mnie to dobiło ale w końcu czego się spodziewałem? Sam tego chciałem następnego wieczora poszedłem trochę odreagować na imprezę do pobliskiego klubu oddalonego zaledwie trzy przecznice od mojego mieszkania poznałem tam Weronikę, była bardzo ładna choć inteligencją nie grzeszyła, ale właściwie to tego było mi trzeba po kilku drinkach i gładkiej gadce była moja mi alkohol jakoś do głowy nie uderzył ale zabrałem ją do mieszkania kazałem jej być cicho, żeby nie obudzić Julki ale była tak pijana, że obijała się o wszystko na swojej drodze wreszcie doszliśmy do mojego łóżka, popchnęła mnie na nie i od razu przeszła do rzeczy jakoś nie sprawiało mi to takiej przyjemności jakiej się spodziewałem... nagle w całym mieszkaniu rozbłysło światło w progu drzwi stała Julka i patrzyła na nas przez chwilę zaczęła się wydzierać, że jest moją dziewczyną i kazała Weronice spier,dalać z naszego mieszkania gdy ta wybiegła z mieszkania całkiem naga Julka zaczęła się głośno śmiać mi wcale nie było do śmiechu D - "Wytłumaczysz mi co to było? Myślisz, że możesz odpie,rdalać takie rzeczy!?" J - "Och daj spokój, znajdziesz sobie kolejną idiotkę" D - "Ha! Ty jesteś po prostu zazdrosna bo wcale mi się nie podobasz a od tylu lat się o to starasz!" D - "Zrozum - MIĘDZY NAMI NIC NIE MA - NIC!" trochę mnie poniosło nie... bardzo mnie poniosło J - "Myślisz, że jesteś lepszy ode mnie? Ja miałam tyle facetów na twoje miejsce, że nawet sobie nie wyobrażasz ty imbecylu!" J - "Ja robiłam tak dużo dla ciebie! Myślisz, że ktokolwiek zna cię tak jak ja? Że ktokolwiek sprawi, że będziesz szczęśliwy tak jak ja bym to zrobiła?" D - "O mnie nie masz co się martwić, ja będę szczęśliwy mogę ci to nawet obiecać!" nie przypominam sobie, żeby kiedykolwiek w taki sposób wybuchła J - "Masz rację... To koniec, mi już też nie zależy, idę do Marcina on chociaż o mnie w ogóle dba" D - "Marcina? Doroszańskiego Marcina? hahaha nie mówisz serio prawda?" J - "O co ci tym razem chodzi, co?" D - "Przecież on jest dilerem, nie mów, że nie wiedziałaś" J - "Wiedziałam ale nie obchodzi mnie to, on jest czuły i zależy mu na mnie" D - "No dalej Julka, nie bądź głupia przecież jemu zależy tylko na tym żeby cię zaliczyć i dobrze o tym wiesz!" J - "I może tego chcę! Tylko ty możesz sobie pozwolić na coś takiego?" D - "Daj spokój... ty nie jesteś taka. Przepraszam okej? Nie chciałem cię zdenerwować... Usiądźmy i pogadajmy na spokojnie" J - "Dobre mi sobie!" wybiegła z mieszkania z hukiem, byłem strasznie wkur,wiony wyjąłem z lodówki butelkę tequilli i usiadłem przed telewizorem minęły jakieś dwie godziny, było późno, zacząłem się martwić z głowy nie mogłem wyrzucić obrazu jej kochającej się z tym prostakiem co ja odje,bałem!? przecież zawsze mi na niej zależało! Zawsze ją kocha... czy ja? tak tak! Zawsze ją kochałem! Kur,wa mać co ja zrobiłem! moje serce przepełniła zazdrość i strach mimo, że ledwo stałem na nogach to wsiadłem do samochodu zadzwoniłem do Grześka on gdy tylko odebrał zaczął mnie przepraszać i pytał co się stało ja tylko spytałem o adres Marcina i rozłączyłem się minęło może 10 minut i już stałem przed blokiem, w którym mieszka Marcin wszedłem na trzecie piętro i stanąłem przed mieszkaniem nr. 7 w powietrzu czuć było zapach marihuany i alkoholu wziąłem głęboki oddech i zapukałem energicznie do drzwi otworzył Marcin, jego oczy były całe czerwone, ewidentnie był cholernie naćpany za jego plecami zobaczyłem Julkę, w samej bieliźnie, z strzykawką na stole moje serce na chwilę kompletnie stanęło powodując przeszywający ból w piersi wbiegłem do środka, delikatnie złapałem za szyję Julki próbując wyczuć tętno było bardzo słabe, a może wcale nie jest tak źle? Może to tylko alkohol uderza mi do głowy? w każdym razie muszę jej pomóc! wyjąłem z kieszeni telefon drżącymi rękoma wystukałem 112 po słowach "Potrzebuję karetki na ulicę..." poczułem pistolet przy skroni i usłyszałem "odłóż ten telefon skurwielu" zrozumiałe - zaraz wpadłaby tu policja i Marcin poszedłby siedzieć odwróciłem się do niego twarzą, spojrzałem prosto w oczy z pogardą na jego twarzy zobaczyłem uśmiech, pogardliwy kur,wa uśmiech jakby ze mnie kpił złapałem za jego ręce i podniosłem w taki sposób, że pistolet był skierowany ku górze jednak Marcin, dobrze zbudowany był silniejszy ode mnie po chwili przepychanki słychać wystrzał oboje upadliśmy na ziemię nie poczułem żadnego bólu szybko zacząłem obmacywać każdą część swojego ciała w panice szukając dziury od kul Marcin robił to samo Ha! Nic mi nie jest! ale Marcin też jest cały gdzie jest kula? nie potrzebowałem długiego czasu na odpowiedź odwróciłem się i zobaczyłem kanapę powoli zalewającą się krwią a w brzuchu Julki dziurę od kuli to co wtedy poczułem nie może zostać opisane słowami uczucie utraty ukochanej osoby przez własną arogancję i głupotę szybko wziąłem ją na ręce i pobiegłem do samochodu moje oczy były ciągle pełne łez, jechałem jak szalony nie raz mijając czerwone światła wreszcie dojechałem cały brzuch Julki był we krwi a na fotelu powstała jaskrawa kałuża szybko wbiegłem do szpitala wołając histerycznie o pomoc po chwili widziałem jak wieźli Julkę na salę operacyjną
AKT IV
minęła godzina, lekarze skończyli operować pielęgniarka powiedziała mi, że Julka jest w stanie krytycznym i jutro dowiemy się czy będą potrzebne kolejne operacje spojrzałem na nią leżącą w łóżku szpitalnym była spokojna, spała dokładnie ją obejrzałem duże czoło, krótkie nogi, lekko wykrzywiony nosek wszystkie wady jakie wcześniej zauważałem przemieniły się w odchylenia od ideału, kosmetyczne błędy popełnione przy kreacji anioła położyłem się obok głaszcząc jej miodowe włosy dużo myślałem o tym co przeszliśmy razem, o tym, że nigdy nie byłem sam dzięki niej o tym, jak ją potraktowałem i gdzie nas to doprowadziło po kilku minutach obudziła się otwierając duże zmęczone, zielone oczka i patrząc na mnie zadziwiona D - "Cześć" zacząłem śmiać się przez łzy D - "Jak się czujesz?" J - "Bywało lepiej" J - "Przepraszam... To wszystko moja wina!" D - "Nie przepraszaj! To wcale nie twoja wina, tylko i wyłącznie moja i to ja bardzo przepraszam" D - "Kocham cię, mała, na prawdę. Nie wiem dlaczego nie mogłem się do tego przyznać" objęła mnie i pocałowała w policzek D - "Wszystko już będzie dobrze. Pamiętasz co planowaliśmy? Ty będziesz aktorką a..." J - "... a ty prezydentem, tak pamiętam. Zamieszkamy na wsi i będziemy produkować bimber a potem umrzemy w wieku 80 lat jako szczęśliwi staruszkowie" D - "Ale my byliśmy naiwni jak to wszystko wymyślaliśmy!" J - "Wcale nie! Jeszcze nam się uda zobaczysz!" D - "Nie o to chodzi! Dużo lepiej byłoby hodować zioło!" na twarzy Julki pojawił się szeroki uśmiech patrzyliśmy na siebie przez długi czas wtedy pierwszy raz ją pocałowałem przytuliła się do mnie mocno i zasnęła byłem tak szczęśliwy, że chciałem zacząć krzyczeć chyba przez dwadzieścia minut śmiałem się do samego siebie wtedy zasnąłem Julka zmarła tej nocy w wyniku obrażeń wewnętrznych gdy się obudziłem w jej drobnej, zimnej rączce znalazłem pogięte zdjęcie to było nasze pierwsze wspólne zdjęcie po zamieszkaniu razem na odwrocie napisała:
"Wiem, że będziesz teraz załamany ale nie ma o co się martwić wyjdź teraz ze szpitala, pójdź do sklepu, ukradnij najdroższą butelkę szkockiej jaką znajdziesz. Teraz przyjdź do szkoły, przytul się do miękkiej wykładziny i podaj mi mały palec. I bądź szczęśliwy - obiecałeś mi to! "
submitted by Arald98 to JBwA_SekcjaPast [link] [comments]


2018.05.21 20:15 SoleWanderer BY CZŁOWIEK PRZEŻYŁ - Tygodnik Powszechny o Irenie Sendlerowej

https://www.tygodnikpowszechny.pl/by-czlowiek-przezyl-151422
Jeśli przypadki pomagania Żydom podczas niemieckiej okupacji zamieniamy w zjawisko masowe, a bohaterskie jednostki klonujemy, czyniąc z nich setki tysięcy, nie tylko fałszujemy rzeczywistość – sprzeniewierzamy się pamięci Sprawiedliwych.
To, co tu słyszę, nie bardzo »pasuje« do rzeczywistości tamtych czasów. Albowiem pewne jest, że w okupowanej Warszawie dużo łatwiej było znaleźć miejsce w salonie, gdzie by pod dywanem został ukryty duży czołg, niżby znalazło się miejsce dla jednego małego dziecka żydowskiego. Irena Sendlerowa
Podczas okupacji niemieckiej na ziemiach polskich trwał prawdziwy festiwal. Albo jeszcze lepiej: igrzyska. Oprócz skoków narciarskich i piłki nożnej, ulubioną dyscypliną Polaków stało się wówczas ratowanie Żydów. Sport ten uprawiali masowo, odnosząc gigantyczne sukcesy i to mimo niesprzyjających warunków atmosferycznych oraz kłopotów ze sprzętem.
Że tak się pisać nie godzi? Że nie można robić sobie żartów tam, gdzie chodziło o ludzkie życie – nie tylko o życie ocalałego, ale i ocalającego?
A czym, jeśli nie robieniem sobie żartów była wypowiedź premiera Mateusza Morawieckiego w sejmowym exposé o „setkach tysięcy Polaków, którzy ratowali Żydów w czasie drugiej Apokalipsy”? A czym, jeśli nie robieniem sobie żartów, była konferencja „Pamięć i Nadzieja”, zorganizowana we wzniesionym przez o. Tadeusza Rydzyka sanktuarium Najświętszej Maryi Panny Gwiazdy Nowej Ewangelizacji i św. Jana Pawła II, z udziałem ówczesnej pani premier i obecnego premiera, ministrów i marszałków, z listami od prezydenta i prezesa PiS, który zechciał przy okazji wspomnieć o kwestii „wieloletniego hołdowania przez polski establishment pedagogice wstydu i wynikającego z niej prowadzenia polityki – by tak rzec – antyhistorycznej”? Czym, jeśli nie żartem, było zdanie wygłoszone wówczas przez Beatę Szydło, że „Żydzi i Polacy wspólnie mieszkali w Polsce, budowali polskie państwo, współpracowali, byli sąsiadami – żyło się im dobrze; pewnie mieli swoje kłopoty, problemy – jak to zawsze”.
Naprawdę, mieli tylko „swoje kłopoty”?
Wybili, panie Ach tak, oczywiście, to nie żarty, tylko polityka. Powinniśmy się już przyzwyczaić, że w polityce rzadko chodzi o prawdę. Że pamięć o przeszłości bywa w niej użytecznym narzędziem. Że próba przedstawienia Polski jako kraju, który najbardziej ze wszystkich ucierpiał w czasie II wojny światowej, może być zwyczajnie opłacalna: w czasach, gdy Europa przygląda się z niepokojem próbom ograniczania niezależności naszego sądownictwa czy mediów, można wobec niej użyć moralnego szantażu w stylu Mrożkowej „Monizy Clavier” („A przecież chciałem tylko uprzytomnić im w sposób jasny i przystępny, niejako poglądowy, cierpienia mojego narodu – czytamy w opowiadaniu, wierzyć się nie chce, z 1967 r. – To, że najwidoczniej nie doceniali martyrologii, bardzo mnie rozgniewało”). Nie przypadkiem chyba tak często w ostatnich miesiącach politycy PiS szermują wypowiedziami o niemieckich zbrodniach na terenach Polski i podnoszą kwestie reparacji.
Na marginesie można by zauważyć, że Jarosław Kaczyński i jego podwładni nie są bynajmniej pionierami w kwestii upominania się o domniemane krzywdy na polu stosunków polsko-żydowskich. O „żydowskiej niewdzięczności i polskim miłosierdziu”, by użyć frazy Michała Głowińskiego, mówiono wiele w Marcu ’68. Już w inaugurującym kampanię antysemicką przemówieniu z czerwca 1967 r. Gomułka przypominał, że wśród Żydów „uratowali się tylko ci, których Polacy z narażeniem własnego życia przechowywali”. W przedstawianie „prawdziwej historii naszych heroicznych zmagań” włączał się ­ZBOWiD i stojący na jego czele Mieczysław Moczar. Chętnie wydawany w ­PRL-u Władysław Smólski we wstępie do opublikowanej w 1981 r. książki „Za to groziła śmierć” pisał, że liczba miliona ratujących „nie będzie przesadna”. Można by właściwie odetchnąć z ulgą, że premier Morawiecki nie próbował go przebić.
Można by, gdyby nie fakt, że cudowne rozmnażanie Polaków ratujących Żydów w czasie II wojny światowej oznacza obrazę pamięci ludzi naprawdę bohaterskich i słusznie nazywanych Sprawiedliwymi wśród Narodów Świata. Ludzi, których sprawiedliwość i bohaterstwo zrozumie się w pełni nie tylko powtarzając jak mantrę, że za to, czego się podjęli, groziła z rąk niemieckiego okupanta kara śmierci, ale także pokazując kontekst, w jakim przyszło im dokonywać wyboru.
Kontekst bierności, obojętności czy wręcz wrogości otoczenia. Strachu nie tylko przed karą ze strony okupanta, lecz także przed zdradą sąsiada.
Kłopotliwe ikony Jednym z licznych paradoksów tej historii jest ten, że symbole polskiej szlachetności i pomocy dla Żydów kiepsko nadają się na PiS-owskie sztandary.
Zostawmy już na boku Władysława Bartoszewskiego, którego zasługi, jako członka Żegoty i współautora pierwszej książki zbierającej świadectwa o Sprawiedliwych pt. „Ten jest z ojczyzny mojej…”, zostały dawno przesłonięte przez polityczne zaangażowania w ostatnim okresie życia. Nie mówiąc o jego pamiętnym zdaniu z wywiadu dla „Die Welt”, że bardziej niż Niemca w czasie wojny obawiał się polskiego sąsiada, jeśli ten zauważył więcej niż zwykle kupionego chleba.
Czytaj także: Jacek Leociak o "naszych sprawiedliwych": Historia Zagłady to nie czytanka
Nie kto inny, jak Jan Karski – legendarny kurier AK niosący światu wieści o dokonującej się na ziemiach polskich Zagładzie – pisał w raportach z okupowanego kraju, że (cytuję wersję nieocenzurowaną): „»Rozwiązanie kwestii żydowskiej przez Niemców« – muszę to stwierdzić z całym poczuciem odpowiedzialności za to, co mówię – jest poważnym i dosyć niebezpiecznym narzędziem w rękach Niemców do »moralnego pacyfikowania« szerokich warstw społeczeństwa polskiego”, oraz że ta kwestia jest czymś w rodzaju „wąskiej kładki, na której przecież spotykają się z g o d n i e Niemcy i duża część polskiego społeczeństwa”. Albo że stosunek Polaków do Żydów jest „przeważnie bezwzględny, często bezlitosny. Korzystają w dużej części z uprawnień, jakie nowa sytuacja im daje. Wykorzystują wielokroć te uprawnienia – często nadużywają je nawet. Zbliża ich to w pewnym stopniu do Niemców”.
Także Irena Sendlerowa, bohaterka wydanej w 2017 r. biografii Anny Bikont, na ikonę dzisiejszej polityki historycznej nadaje się tak sobie. Przedwojenna, można by powiedzieć, feministka, pracując w poradni prawnej Sekcji Pomocy Matce i Dziecku przy Obywatelskim Komitecie Pomocy Bezrobotnym pomagała – także w kwestiach związanych z edukacją seksualną i zabezpieczenia przed kolejną ciążą – matkom nieślubnych dzieci i prostytutkom. Opinią „komunistki-filosemitki” cieszyła się już na studiach, a odwiedzając próbujące do końca żyć godnie getto, uczestniczyła w zorganizowanych tam konspiracyjnie, w prywatnym mieszkaniu, obchodach rocznicy rewolucji październikowej, gdzie recytowało się Broniewskiego i wykonywało „Etiudę rewolucyjną” Chopina. Po wojnie przez kilka dekad należała do PZPR, pracowała nawet w Wydziale Socjalno-Zawodowym Komitetu Centralnego tej partii; można by zapytać, czy nie podlega aby ustawie dekomunizacyjnej?
Sendlerowa, z Kościołem bynajmniej niezwiązana, dwukrotnie zamężna – w przypadku drugiego małżeństwa, w czasach PRL ukrywała fakt, że jej mąż i ojciec jej dzieci był Żydem, a jedno z nich poczęło się przed rozwodem z pierwszym małżonkiem, który wojnę spędził w oflagu. I nie było to jedyne przemilczenie, nieścisłość czy koloryzowanie opowieści o własnym życiu przez kierowniczkę referatu dziecięcego podziemnej Rady Pomocy Żydom – Anna Bikont tyleż starannie, co z niezwykłą empatią rekonstruuje biografię swojej bohaterki, podważając np. wiarygodność jej przepięknego skądinąd opisu Korczaka prowadzącego dzieci na Umschlagplatz, albo wielokrotnie powtarzaną historię, że po Marcu ’68 córka i syn Sendlerowej nie dostali się na studia ze względu na jej okupacyjne zaangażowanie w pomoc Żydom.
W ukryciu Co w tym ważniejsze (i co nie umniejsza odkryć biograficznych Anny Bikont) – książka o Irenie Sendlerowej, tym polskim symbolu Sprawiedliwych, symbolu pomocy Polskiego Państwa Podziemnego dla ofiar Zagłady, jest w gruncie rzeczy opowieścią o straszliwej samotności. Samotności zarówno samej Sendlerowej, jak grupy dzielnych kobiet i mężczyzn, z którymi ratowała żydowskie dzieci.
Czytaj także: Michał Okoński o "naszej winie, naszej wielkości", 30 lat po publikacji przez "TP" "Biednych Polaków patrzących na getto" Jana Błońskiego
„Muszę stwierdzić, że uzyskiwaliśmy pomoc jedynie pod pretekstem akcji patriotyczno-polskiej – wspominała bohaterka książki Bikont. – Nauczeni doświadczeniem, nie ujawnialiśmy, że dzieci są żydowskie, podawaliśmy jedynie, że są to dzieci polskie po działaczach niepodległościowych”. Przytaczała też słowa jednego ze spotykanych podczas okupacji znajomych: „Sendlerowa, takich jak wy to po wojnie my będziemy wieszać na latarni pod Ratuszem”. Albo otrzymywane już po 1945 r. anonimy, np.: „Ty Żydówico, wynoś się jak najprędzej do Palestyny, bo jak nie wyjedziesz, to ci zabijemy twoje ukochane dzieci”.
„Sendlerowa nie jest symbolem bohaterstwa narodu polskiego, [ona] była w swoim bohaterstwie przeciwko swemu narodowi” – podsumowuje lapidarnie Bikont. Dużo mocniej wyrażają to jej ocalałe rozmówczynie.
„Sendlerowa ratowała mnie z rąk ­innych Polaków. Ona sama była przerażona Polakami” – to słowa Renaty Skotnickiej-Zajdman, skądinąd po wojnie zaangażowanej w dialog polsko-żydowski w Kanadzie. W jej świadectwie o życiu w kryjówce nie zabraknie opowieści na temat gwałtów, których dopuszczali się przychodzący do wsi, jak mówiła, „partyzanci” („Ten mój był kuzynem gospodarzy i zachodził do nich często. Jak pierwszy raz poszedł za mną do stodoły, chciałam krzyczeć, a on: »Cicho siedź, Rebeka«”). Albo o dialogu z pociągu, toczonym bez skrępowania obecnością współpasażerów: „Kupiłam Żyda, a ten skurwysyn nie miał nawet złotego zęba”. „Następnym razem weź Żydowicę młodą, one w piździe mają złoto”.
Pytanie, jakie Skotnicka-Zajdman zadaje Annie Bikont, brzmi: co by było, gdyby zgłosiły się do niej dzieci gwałciciela, że chcą dla ojca medal Sprawiedliwego wśród Narodów Świata. „Uratował mi życie. Powiedz, co ty myślisz? Że mam mu być wdzięczna?”.
Awers i rewers To jeden z kontekstów toruńskiej konferencji o. Rydzyka i exposé premiera Morawieckiego. Jeden, bo w niemalowanej historii polskiego pomagania jest ich dużo więcej. Choćby ukrywanie Żydów za ­pieniądze: czy ów dość szeroko ­rozpowszechniony „przemysł pomocy”, jak określił go historyk Holokaustu Jan Grabowski, powinien podpadać pod kategorię „ratowania”? Jakiekolwiek byłyby motywy człowieka decydującego się dać ściganym schronienie, rzeczywiście ryzykował on własnym życiem – i jeśli wywiązał się z umowy, ich życie ratował. Zresztą: kogo było stać na karmienie ludzi miesiącami na własny koszt, bez kartek, gdy żywność trzeba było kupować na czarnym rynku?
Inny kontekst: skomplikowanie psychologicznej relacji między ratującym i ratowanym. W roczniku „Zagłada Żydów” z 2008 r. Barbara Engelking opisywała jej powikłanie na przykładzie prowadzonego w ukryciu dziennika Feli Fischbein, ukrywanej przez Katarzynę Dunajewską we wsi Wola Komborska: wielomiesięczne uzależnienie od osoby udzielającej pomocy doprowadziło tam do powstania straszliwego resentymentu. „Zupełnie zdani jesteśmy na nich, tylko co oni zechcą, to z nami zrobią. A boimy się ich, naprawdę mówiąc” – pisała Fischbein. I podsumowała: „Gospodarz chce duszę, gospodyni chce dom nasz, córka starsza nie miesza się, nie chce nas, nie chce naszych pieniędzy, młodsza chce rękawiczki (za to gotowa nas wydać), a syn szalenie lubi nasze pieniądze, a nas nienawidzi serdecznie”.
Oczywiście – zwraca uwagę kilka stron dalej tego samego numeru „Zagłady Żydów” Joanna Tokarska-Bakir i jest to kolejny kontekst opowieści o ratowaniu – „żydowska niewdzięczność” nie jest do końca zmyśleniem. Stanowi raczej rewers polskiej opowieści, przedstawiającej wyłącznie rycerskich i szlachetnych supermenów. „Żydzi, których pamięć wypełniona jest bólem po Zagładzie, w odruchu krzywdy zdają się w ogóle zaprzeczać istnieniu Sprawiedliwych” – zauważa Tokarska-Bakir, ale jej tekst pełen jest również relacji o strachu tych, którzy decydowali się na ukrywanie Żydów; strachu, że dowiedzą się o tym sąsiedzi. Strachu trwającym jeszcze przez lata powojenne.
Powiedzmy i to: nawet rodzina Ulmów z Markowej, której w ostatnich latach nasze państwo – jakże słusznie – oddaje honory, zginęła na skutek donosu polskiego policjanta. Przypomnijmy też, że Irena Sendlerowa była w czasie okupacji aresztowana na podstawie donosu sąsiadki (trzymana na Pawiaku, została w końcu wypuszczona podczas drogi na rozstrzelanie, dzięki łapówce zapłaconej przez podziemie). I że kilka miesięcy później znalazła się na liście proskrypcyjnej sporządzonej przez Referat Żydowsko-Komunistyczny Centrali Służby Wywiadowczej Narodowych Sił Zbrojnych. Pod koniec lat 50. rozważała nawet emigrację do Izraela, prosząc jedną z uratowanych przez siebie osób o sprawdzenie, czy mogłaby się tam urządzić, „ponieważ jej dzieci są Żydami, a ona ma kłopoty od sąsiadów”.
Na szali Ilu było ratujących? Z pewnością nie setki tysięcy – jeśli już, to bardziej na miejscu byłaby fraza „dziesiątki tysięcy”.
Są tacy, którzy próbują to policzyć. Są tacy, którzy zwracają uwagę na fałszywość założenia, że w ratowanie jednej osoby musiało być zaangażowanych kilkanaście osób (bywało odwrotnie – kilkanaście osób ratowało się dzięki jednej; na prowincji – jak szacowała niegdyś Zuzanna Schnepf-Kołacz, współautorka książki „Zarys krajobrazu”, wydanej przez Centrum Badań nad Zagładą Żydów – na dziesięciu Sprawiedliwych przypadało dwunastu ocalałych). W sumie na terenach polskich Zagładę przeżyło kilkadziesiąt tysięcy Żydów; wielu zginęło mimo udzielanej im pomocy. Czy kilkadziesiąt tysięcy to dużo? Mało? Czy w ogóle godzi się zadawać takie pytania, zwłaszcza w kontekście liczby tych, którzy nie przeżyli?
Czytaj także: Michał Okoński o "pomocnikach śmierci" - Polakach polujących na Żydów w czasie II wojny światowej
Mieszkam od niedawna w Niepołomicach. Na tutejszym cmentarzu żydowskim znajduję tabliczkę: „Kochani rodacy, tu spoczywa pierwszy rabin w Niepołomicach, ok. 58 lat, ś.p. Josef Tetelbaum. B. proszę szanować ten grób – wdzięczny Eliasz Richter, Jesodot, Jisrael, jedyny z rodziny pozostały z Zagłady Hitlera”. Zdanie „b. proszę szanować ten grób” czytam też jako apel o powściągliwość w strzelaniu do siebie statystykami.
Pytania bez odpowiedzi Lepiej opowiadać pojedyncze, ludzkie historie – zwłaszcza tak, jak robi to Anna Bikont. Nie pomijając kwestii najtrudniejszych. „Dlaczego nie kochali mnie tak, żeby chcieć ze mną umrzeć?” – pyta autorkę „My z Jedwabnego” Margarita Turkow o swoich rodziców, którzy w trakcie likwidacji warszawskiego getta zdołali odesłać ją na aryjską stronę właśnie dzięki pomocy Ireny Sendlerowej. Ukrywana przez polską i chrześcijańską rodzinę dziewczynka była bita, poniżana i molestowana. Czy w świecie operującym pojęciami „pedagogika wstydu” i „polityka – by tak rzec – anty­historyczna” można znaleźć odpowiedź na jej pytanie?
Jasne: była wojna. Życie ludzkie staniało. Demoralizacja była gigantyczna. Walka o przetrwanie miała wymiar dosłowny, także materialny. Trzeba też pamiętać, że antysemityzm był w ostatnich latach II Rzeczypospolitej ideologią niemal państwową, antyjudaizm zaś – kościelną. Nas, dziś żyjących, nie sprawdzono. Nie wiemy, jak byśmy się w podobnych okolicznościach zachowali. Marek Edelman zauważał, że aby przetrwać, Żyd musiał mieć pieniądze, „dobry” wygląd i znajomych po aryjskiej stronie. Samo słowo „pomaganie” również brzmi sucho – nie oddaje istoty rzeczy. Szaleńczej odwagi. Uczciwości. Miłości bliźniego. Altruizmu. Poświęcenia.
„Jaka siła sprawiła, że chociaż w tej samej wsi spłonęło gospodarstwo razem ze znalezionymi tam Żydami i ukrywającą ich rodziną chłopską, Pagosowie zdecydowali się dalej przechowywać braci Weitów? – zastanawia się Jacek Leociak w książce „Pomaganie”, opisując historię ze wsi Gruszów pod Dąbrową Tarnowską. – Abram po latach relacjonował: »Stanisław się wtedy załamał, ale nie powiedział, żebyśmy poszli. ‘Moje życie jest związane z waszym życiem’ – rzekł i nic więcej«”.
W płomieniu Tym bardziej trzeba mówić i pisać ostrożnie. Tym bardziej trzeba oddawać sprawiedliwość takim ludziom jak niepiśmienna Marianna Barańska ze wsi Sabinów. „Podczas okupacji przechowywałam u siebie Żyda Łaska Oszera prawie trzy lata – relacjonowała po wojnie. – Przed tym go nie znałam. Zrobiłam to dlatego, by człowiek przeżył. Prócz tego przebywał u mnie Majerholc rok czasu. Pieniędzy u nich nie brałam. Chciałam ludzi ratować, życie jest drogie”.
Innymi słowy: heroizm nie jest normą społeczną i nie wyznacza powszechnie obowiązujących standardów zachowania. Jest, jak przypomina Leociak, „odstępstwem od normy” i przeciwstawieniem się instynktowi samozachowawczemu w imię wartości wyższych niż zachowanie własnego życia. Jeśli zamienimy opowieść o pomaganiu w zjawisko masowe, a bohaterskie jednostki sklonujemy, nie tylko zafałszujemy rzeczywistość: pogrążymy Sprawiedliwych w odmętach banału. „Naturalnym odruchem każdego z nas jest cofnięcie ręki, kiedy znajdzie się w pobliżu płomienia – pisze autor „Pomagania”. – Ci, którzy odważyli się pomagać Żydom, narażając życie swoje i bliskich, potrafili trzymać rękę w płomieniu i nie cofać jej”.
To perspektywa moralisty. Może ją, niestety, uzupełnić obserwacja historyka.
Kiedy w 1942 r. w Delegaturze Rządu na Kraj trwały rozmowy o stworzeniu organizacji pomocy Żydom, reprezentanci Stronnictwa Narodowego byli przeciwni i sprawa się przeciągała. Decyzja o uruchomieniu – niewystarczających, rzecz jasna – pieniędzy (5 proc. całego budżetu opieki społecznej Państwa Podziemnego) i utworzeniu Komitetu Pomocy Społecznej dla Ludności Żydowskiej zapadła dopiero 27 września 1942 r., trzy lata po wybuchu wojny i kilka dni po zakończeniu „Grossaktion Warschau”. „Większość polskich Żydów już wtedy nie żyła – pisze Anna Bikont. – Zginęli rozstrzelani w czasie likwidacji gett albo zagazowani w obozach śmierci”.
Prawdziwy pomnik Tak, Irena Sendlerowa jest bohaterką. Jedną z największych, jakie Polska wydała w XX wieku. Ze wszystkim, co o niej wiemy.
Ze społecznikowsko-lewicowym zaangażowaniem, demonstrowanym przecież nie tylko w czasie niemieckiej okupacji, ale także przed i po wojnie. Z bezgraniczną odwagą i fantastycznym zorganizowaniem zarazem – bo przecież trzeba dodać, że większość uratowanych dzięki niej żydowskich dzieci nie widziała jej na oczy, a ona sama zajmowała się głównie logistyką operacji wyprowadzania ich z getta i organizowania bezpiecznych kryjówek. Z bezlitośnie trzeźwą obserwacją, że swoją popularność w ostatniej dekadzie życia (zmarła w 2008 r., damą Orderu Orła Białego została 5 lat wcześniej) zawdzięczała temu, że „po Jedwabnem potrzebny był bohater” („Jestem narodowym alibi” – pisała w jednym z listów). Ze wspomnianymi już zmyśleniami i koloryzowaniem okupacyjnych historii (z pełnym przekonaniem powtarzała np., że uratowała 2,5 tys. dzieci – Bikont udowadnia, że ta liczba też jest potężnie zawyżona). W końcu: z ceną, jaką zapłaciła w swoim życiu osobistym.
„Irena mówiła, że się rozwodzą, potem się schodzą, potem znów rozwodzą, i tak to trwało” – powie jedna z jej przyjaciółek Annie Bikont. W końcu mąż, ten drugi, wyprowadzi się, a ona wróci do pierwszego, z którym po latach kolejny raz się rozwiedzie (jego syna zaś odda w międzyczasie do domu dziecka). Własne dzieci matki w zasadzie nie widywały. „Swoje uczucia, swój czas oddawała innym, a ze mną i z bratem uprawiała pedagogikę telefoniczną: kontrola zjedzonego posiłku, odrobionych lekcji. Kiedy szłam do pierwszej klasy, ani mama, ani ojciec nie mieli dla mnie czasu, odprowadziła mnie przyjaciółka mamy” – opowiada córka Ireny Sendlerowej autorce jej biografii. Puentując jeszcze mocniej: „Niezwyczajność mojej mamy polega na tym, że wszystkie dzieci miały mamę, a ja mamy nie miałam”. Sama napisze zresztą o tym, robiąc pod koniec życia rachunek sumienia: „Oni nigdy mnie np. dziś nie pocałują, bo mówią: »Teraz chcesz nas całować – a gdzie byłaś?? jak myśmy byli mali i czekaliśmy na Twe pocałunki??«”.
Na okładce książki Anny Bikont, ze zrobionego w 1943 r. zdjęcia Irena Sendlerowa spogląda jednym okiem – drugie jest poza kadrem. Jakby chciała powiedzieć, że patrzymy na historię w sposób ograniczony. Że, choć trzeba próbować, nigdy nie da się jej w pełni zobaczyć, zrozumieć i opowiedzieć.
Naprawdę, lepiej nie zamieniać jej w polityczny oręż.©℗
submitted by SoleWanderer to Polska [link] [comments]


2017.12.14 21:34 ben13022 Raport o stanie reportażu.

Po tegorocznej gali Nagrody Nike mówiono o przełomie – że nagrodzenie reportażu Cezarego Łazarewicza „Żeby nie było śladów” oznacza nobilitację tego gatunku i potwierdzenie jego literackiego obywatelstwa. To samo zresztą mówiono, kiedy w 2015 r. reportaż po raz pierwszy uhonorował Komitet Noblowski, przyznając literacką nagrodę białoruskiej reporterce Swietłanie Aleksijewicz. Po tegorocznej edycji Nike pojawiły się nawet krzywdzące głosy, że jury potraktowało wyróżnienie dla Białorusinki jako rodzaj przyzwolenia na nagrodzenie reportażu również w Polsce. Łatwo odnaleźć źródło takiego spojrzenia na reportaż. Przecież już dawno temu określono go mianem „bękarta literatury pięknej i popołudniówki”. Sam Ryszard Kapuściński zwierzał się raz Andrzejowi Czciborowi-Piotrowskiemu z zazdrości, że ten jest poetą w Związku Literatów Polskich, podczas gdy on – tylko dziennikarzem. Okazuje się, że kompleks niższości wobec literatów mieli też najwięksi reporterzy, jakbyśmy na długie lata zapomnieli, że w Polsce pierwsze reportaże pisywali wybitni pisarze: noblista Reymont, Prus, Żeromski. Dzisiaj reporterzy znajdują się wśród najbardziej popularnych i – co dopiero ciekawe – najchętniej recenzowanych polskich autorów. Reportaż ma ważną pozycję w rodzimej literaturze i dla jego kondycji, popularności oraz przyszłości chyba nie ma zbyt dużego znaczenia to, co sądzi o jego „literackości” jury tego czy innego konkursu.
Przynajmniej od 2007 r., kiedy Wydawnictwo Czarne na dobre rozwinęło swoją serię, mówi się o modzie na reportaż. Już to, że powtarza się to od dekady, powinno budzić podejrzenia – żadna moda nie trwa tak długo. Podejrzliwość w tym przypadku jest słuszna, bo funkcjonujący trochę na zasadzie faktu medialnego boom na reportaż ma w sobie coś ze złudzenia optycznego. Pierwszy składnik iluzji to liczba książek reporterskich, które pojawiają się na rynku. Półki w księgarniach uginają się od reportaży, a kolejne miesiące przynoszą następne dostawy nowości. Reportaże powstają dzisiaj stosunkowo szybko, a na pewno szybciej niż w przeszłości. Nie są więc rzadkością książki pisane po krótkich wyjazdach za granicę lub po kilku miesiącach zbierania materiału w kraju. Dawniej było inaczej. Weźmy za przykład niektóre z najwybitniejszych książek reporterskich pierwszej dekady XXI w.: „Modlitwa o deszcz” to efekt jedenastu podróży Wojciecha Jagielskiego do Afganistanu odbytych na przestrzeni dekady, „Gorączka latynoamerykańska” Artura Domosławskiego powstawała około siedmiu lat, Mariusz Szczygieł pisał reportaże, które złożyły się na „Gottland”, przez pięć lat, a Wojciech Tochman wydał swój pierwszy zbiór tekstów, „Schodów się nie pali”, po dziesięciu latach pracy reporterskiej.
Ale to były inne czasy, kiedy reportaż żył w gazetach, zanim kryzys finansowy w prasie wygonił go do książek. Dzisiaj młode reporterki i reporterzy, wzorując się na starszych kolegach i koleżankach, biorą się od razu za książki, często mając więcej chęci niż doświadczenia. Zamiast być podsumowaniem etapu dorobku, obecnie książka jest jego otwarciem. I wcale nie musi to być zjawisko tylko negatywne, tym bardziej że ma też jedną pozytywną przyczynę. Wielu młodych autorów po prostu garnie się do reportażu, nawet jeśli młodzi mają dzisiaj dużo trudniej pod względem finansowym niż ich idole, którzy przynajmniej mieli etaty w gazetach. To zresztą tłumaczy też ich pośpiech w pisaniu. Ale jeśli uzbierają cenne doświadczenie i odnajdą własny głos, polski reportaż czeka jeszcze wiele znakomitych książek.
Drugą składową iluzji jest wszędobylska promocja. Reportaż jest najlepiej i najsilniej promowaną literaturą w Polsce. Reporterzy w większości są czynnymi albo byłymi dziennikarzami, a to oznacza, że w okresie premiery książek mogą liczyć na pomoc swoich własnych lub zaprzyjaźnionych redakcji. Sporo załatwia też promocyjna samopomoc autorów, sama w sobie zrozumiała, ale jednocześnie stanowiąca charakterystyczną cechę środowiska reporterskiego. Rewersem tych koleżeńskich rekomendacji jest jednak to, że książki autorów funkcjonujących poza środowiskiem i jego współzależnościami nie cieszą się takim zainteresowaniem jak dzieła tych autorów, którzy mają dużo znajomych.
Czy reportaże dobrze się sprzedają, jak wieść głosi? Trudno o konkretne dane na temat popularności książek reporterskich. Wydawnictwa raczej nie chwalą się nakładami, a rynkowe raporty nie są aż tak dokładne. Trzeba więc wypatrywać list bestsellerów. Ale jakoś nie widać na nich wielu reportaży – a w każdym razie jest ich dużo mniej, niż można byłoby się spodziewać, gdyby faktycznie była na nie moda. Na tegorocznych listach bestsellerów Empiku naliczyć można siedem reportaży: dwie książki Wojciecha Sumlińskiego, „Małą zbrodnię. Polskie obozy koncentracyjne” Marka Łuszczyny (reportaż historyczny o polskich obozach, w których po wojnie przetrzymywano m.in. Niemców lub Ukraińców przesiedlanych w akcji „Wisła”), „Małych bogów. O znieczulicy polskich lekarzy” Pawła Reszki (wiwisekcję problemów służby zdrowia), biografię „Tu byłem. Tony Halik” Mirosława Wlekłego i „Celibat. Opowieści o miłości i pożądaniu” Marcina Wójcika (reportaż o instytucji celibatu w Kościele). Trzeba jednak zauważyć, że te książki zajmują raczej dalsze pozycje zestawienia. Żadna z nich nie odniosła takiego sukcesu jak np. „Macierewicz i jego tajemnice” Tomasza Piątka (też reportaż). Książki reporterów mają jednak spore grono oddanych czytelników. Są też oficyny, które uczyniły reportażowe serie swoim znakiem rozpoznawczym. Ale ogromna podaż i wytrwała promocja tworzą rodzaj wirtualnej rzeczywistości, w której trwa boom na reportaż, a każda reporterska premiera to dzieło wybitne. A tak przecież nie jest.
Prześledzenie historii obecności reportaży na listach książek nominowanych do Nagrody Nike wymaga rozważenia, co reportażem jest, a co nim nie jest – a to nie zawsze jest łatwe. Jeśli jednak przyjmiemy liberalną definicję reportażu jako dzieła, w którym autor zawiera własną relację z prawdziwych wydarzeń, do nagrody nominowano już czterdzieści jeden reportaży, z czego aż osiemnaście dotarło do ścisłego finału (najwięcej rok temu, wśród dwudziestu nominowanych książek znalazło się sześć reportaży, dwa dotarły do finału). Co więcej, jeśli będziemy trzymać się tej luźnej definicji, okaże się, że reportaż już raz wygrał – w 2005 r., kiedy laur przypadł „Jadąc do Babadag” Andrzeja Stasiuka, refleksyjnemu zapisowi podróży przez kraje środkowo-wschodniej Europy. Czyli coś jakby reportażowi, nawet jeśli kojarzymy Stasiuka głównie z innym pisaniem, a włączenie go do grona reporterów pewnie by go rozbawiło. Trzeba też wspomnieć, że w przeszłości czworo reporterów – Ryszard Kapuściński, Mariusz Szczygieł, Magdalena Grochowska i Magdalena Grzebałkowska – otrzymało Nike Czytelników, nagrodę przynajmniej z jednego względu ważniejszą niż laur główny. Osobną, lecz bardzo interesującą kwestią jest nieobecność rasowego reportażu wśród autorów, którzy przyznawaliby się do prawicowej proweniencji. Reportaży nie znajdziemy też, choćby śladowo, w mediach, które same o sobie mówią „niepokorne”. Otwiera to pole do ciekawych i daleko idących spekulacji, ale to temat na osobny branżowy tekst dla miesięcznika „Press”.
Nas interesuje fakt, że tegoroczną Nagrodę Nike, kojarzoną z Agorą, dostał jako pierwszy reporter Cezary Łazarewicz. Nie Hanna Krall, Ryszard Kapuściński, Małgorzata Szejnert, Mariusz Szczygieł, Wojciech Tochman czy Wojciech Jagielski, by wymienić tylko najwybitniejszych spośród nominowanych w poprzednich edycjach, tylko właśnie Cezary Łazarewicz, reporter wytrawny i solidny, ale do tej pory raczej niezaliczany do reporterskiego parnasu, niekojarzony też z „literackim” nurtem reportażu, chyba najbardziej predestynowanym do pierwszego wyróżnienia. Dlaczego?
Wygląda, jakby historia Grzegorza Przemyka czekała przez tyle lat właśnie na Cezarego Łazarewicza. Dziesiątki, jeśli nie setki dziennikarzy stykało się z historią zabójstwa z 1983 r., ale dopiero on napisał o tej sprawie książkę, która oddaje sprawiedliwość – tematowi, ofiarom, a także sprawcom i ich pomocnikom. To reportaż o wielkim ciężarze, drążący aż do samego dna. I temat, i czytelnika.
Łazarewicz przeprowadza swoje śledztwo z dużą starannością, ostrożnie i z taktem. Nie brakuje mu też odwagi. W czasach ochrony danych osobowych nie boi się podawać nazwisk. Nie dość, że zapisuje dane sprawców, to w niektórych przypadkach podaje też szczegóły, które umożliwiają ich odnalezienie. Chroni tylko tożsamość Cezarego F., przyjaciela Przemyka i najważniejszego świadka zajścia, który później stał się obiektem ogromnej i bezpardonowej gry operacyjnej Służby Bezpieczeństwa. Ale dla sprawców i stojących po ich stronie nie ma żadnej taryfy ulgowej. W tej książce wszystko jest na serio, to reportaż poważny jak życie i śmierć. W centrum „Żeby nie było śladów” jest kłamstwo i zbrodnia bez kary. Łazarewicz drobiazgowo opisuje, jak władze PRL mataczyły, by za śmierć Przemyka odpowiedzieli nie milicjanci, którzy go pobili, tylko ktoś inny. Ta książka to litania draństwa, opowieść o cynizmie, o ludziach, dla których ludzkie życie jest niczym – można je ukrócić, zniszczyć i zadeptać. Najważniejszym uczestnikiem tych wydarzeń, do którego dotarł Łazarewicz, jest Michał Wysocki, sanitariusz, którego Czesław Kiszczak wytypował do skazania za śmierć Przemyka. Ta sprawa złamała mu życie, wciąż jest w jej cieniu. Ale „Żeby nie było śladów” to nie tylko przypowieść o złu. To też przejmująca opowieść o matce ¬Przemyka, ¬poetce Barbarze Sadowskiej, o jej walce, żałobie, a także o bliskości i pomocy, której doświadczała w trudnych czasach. To jasna strona tej historii, promyk, który rozświetla mrok. Łazarewicz panuje nad zebranym materiałem, rekonstruuje wydarzenia dzień po dniu, prowadząc narrację pewną ręką. Stroni przy tym od reporterskich sztuczek i „literackiego” efekciarstwa – nie ucieka w domysły, nie eksperymentuje zanadto z formą. Nie znaczy to jednak, że nie odwołuje się do literackości w inny sposób. W kilku miejscach nawiązuje nieoczekiwany dialog z klasykami – pierwszy rozdział książki przypomina „Kronikę zapowiedzianej śmierci” Marqueza, a scenę wejścia na salę sądową prokuratorki rozpoczyna wariacja na temat otwarcia opowieści o Poncjuszu Piłacie z „Mistrza i Małgorzaty”: „W czarnej todze z czerwonym żabotem, krokiem kawalerzysty, wczesnym wtorkowym rankiem do sali rozpraw wypełnionej po brzegi kamerami, reflektorami, mikrofonami radiowymi wchodzi przysadzista tleniona blondyna – prokurator wojewódzka Wiesława Bardon, zwana Bardonową”.
Rzeczy, o których pisze Łazarewicz, mogą coś nam przypominać. W rzeczywistości, którą opisuje, każdy, kto zadziera z władzą, musi mieć coś za uszami – być narkomanem jak Grzegorz Przemyk, źle się prowadzić jak Barbara Sadowska, brać pieniądze od wrogów ojczyzny jak adwokaci, którzy jej pomagali – a usłużne media na posyłki rządzących szczują jednych na drugich (duży udział miał w tym Jerzy Urban, ówczesny rzecznik rządu, który radził np., żeby zaczekać z mieszaniem Przemyka z błotem, aż z kraju wyjedzie Jan Paweł II). „Prasa i telewizja w owym czasie z zaciekłością podsycały wciąż nienawiść ludzi do pogotowia” – notowała cytowana w książce Łazarewicza doktor Barbara Makowska, więziona przez trzynaście miesięcy za fikcyjny napad na pacjenta, których to napadów seria miała propagandowo osłaniać wersję wydarzeń forsowaną przez Czesława Kiszczaka. Już nie wspominając o tym, że nadal żyjemy w kraju, w którym można umrzeć na komisariacie, jak Igor Stachowiak. Laudacja, którą po ogłoszeniu werdyktu wygłosił przewodniczący jury Nagrody Nike Tomasz Fiałkowski, pozwala twierdzić, że za wyróżnieniem dla Łazarewicza stały nie tylko walory literackie książki, ale też właśnie sposób, w jaki opowieść o jednej z najbardziej znanych zbrodni PRL nawiązuje do współczesności, a ściślej – do obecnej sytuacji politycznej w kraju. Jest to zresztą interpretacja, którą przyjmuje, a nawet propaguje w swoich wypowiedziach o książce sam autor, np. kiedy mówi – jak podczas gali Nike – iż ma nadzieję, że tak jak on opisał mechanizm budowania kłamstwa w PRL, tak ktoś za 20 lat opisze dzisiejsze mechanizmy sprawowania władzy – i też dostanie za to nagrodę.
„To historia sprzed ponad trzech dekad, z zamkniętej epoki, ale mechanizmy w niej opisane zawsze mogą się powtórzyć – mówił w laudacji Fiałkowski. – Jest wiarygodnym świadectwem tamtego czasu, ale i przestrogą przed tym, co może się zdarzyć, gdy wymiar sprawiedliwości traci niezależność i staje się narzędziem politycznej władzy”. Nagroda polityczna? Można tak powiedzieć. Ale można też inaczej – jasne stanowisko w ważnym momencie. Literatura, szczególnie reportaż, ma prawo, a może nawet powinność, mówić o rzeczywistości dosadnie. Tej, którą opisuje, i tej, w której funkcjonuje. Także jeśli chodzi o politykę. W przypadku reportażu teza o „neutralnej literaturze” sprawdza się bardzo rzadko, jeśli w ogóle. Tak samo między bajki można włożyć ułudy o „neutralnych” nagrodach. Im szybciej to przyznamy, tym lepiej.
Reportaż to najbardziej sporny rodzaj twórczości w Polsce. Czym jest prawda? Jak daleko można się posunąć w beletryzacji wydarzeń? Czy można łączyć bohaterów, by narracja bardziej gładko szła do przodu? Coraz częściej te i inne warsztatowe kontrowersje nabierają rozgłosu i dochodzą do czytelników. – ostatnio za sprawą wywiadu, jakiego udzielił „Krytyce Politycznej” Artur Domosławski („część reporterów w Polsce nie chce rozmawiać o zasadach reportażu. Według nich reportaż ma się przede wszystkim dobrze czytać. A to przecież zaledwie środek do celu” – mówił w wywiadzie autor „Kapuściński non-fiction”). Po nim głos zabrał Adam Leszczyński, który proponował stworzenie akceptowalnego przez wszystkich zestawu reguł, których reporterzy mieliby przestrzegać. Ale był to chyba utopijny, żeby nie powiedzieć: niemądry pomysł. Reguły reportaż z grubsza już ma, co nie przeszkadza nikomu ich łamać, a żaden kodeks sam przez siebie nie może zagwarantować, że będzie przestrzegany. Taki zbiór zasad może miałby sens w odniesieniu do reportażu prasowego, ale dzisiaj reportaż żyje przecież w książkach. Jak ustalać zasady pisania książek?
Leszczyński miał jednak rację, kiedy zwracał uwagę, że metoda, jaką jest reportaż literacki, może mieć „genetyczną” wadę. Nie chodzi tu jednak o skłonność do zmyśleń, ale o swobodne korzystanie ze źródeł, czyli – z cudzej pracy. Reportaż literacki ma bowiem tendencję do ich wchłaniania – tłumaczy się to stylem, integralnością opowieści, dbaniem o łatwość lektury – co niestety może stanowić idealną przykrywkę dla różnych wątpliwych praktyk pisarskich. A to skutkuje aferami, takimi jak w przypadku Witolda Szabłowskiego, który w znacznym stopniu oparł swój reportaż z antologii „Mur. 12 kawałków o Berlinie” (Czarne, 2015) na filmie dokumentalnym o Niemcach wysyłających za komuny paczki pomocowe do Polski, Andrzeja Muszyńskiego, który włączył do swojej książki „Cyklon” (Czarne, 2015) opracowanie fragmentów książki Benedicta Rogersa „Than Shwe. Unmasking Burma’s Tyrant”, lub Jacka Hugo-Badera, który w swoim „Długim filmie o miłości” (Znak, 2014) wykorzystał w nieoznakowany sposób teksty dziennikarzy „Tygodnika Powszechnego”. Gdy ich przypadki wyszły na jaw, reporterzy mniej lub bardziej skutecznie przeprosili swoich czytelników, ale te sytuacje pokazują, że ilekroć reportaż budzi kontrowersje, często w tle pojawia się też problem uczciwego korzystania ze źródeł. Może więc się okazać, że problemem polskiego reportażu nie są wcale zmyślenia, ale różne formy plagiatu.
Nawracanie dyskusji o reportażu ilustruje dwie rzeczy. Pierwsza to duże znaczenie, jakie podstawowa kategoria w reportażu, czyli prawda, ma zarówno dla czytelników, jak i autorów. Ale kolejne spory o prawdę pokazują też, że nie jest to debata, którą można raz na zawsze zakończyć. Te przypominające powoli rytuał spory – jednocześnie ciekawe i nieciekawe, bo bazujące wciąż na tych samych przypadkach nadużyć, z Kapuścińskim na czele – od niedawna zyskały jednak nową jakość. W reportażu coraz mocniej rysuje się wielogłos, różne podejścia i wrażliwości. Coraz częściej na temat współczesnego reportażu wypowiadają się jego krytycy, którzy, jak się niedawno okazało, są też wśród samych reporterów. Dominacja reportażu literackiego jako głównego nurtu reporterskiego pisania jest kwestionowana. To dobrze. Wielogłos zawsze jest lepszy niż monolog. Szczególnie w reportażu.©
Anegdotę o Ryszardzie Kapuścińskim zaczerpnąłem z książki „Kapuściński non-fiction” Artura Domosławskiego.
Debiutancki zbiór reportaży nagradzanego blogera. Wzruszające, miejscami dobrotliwie zabawne, mądre i napisane z pokorą historie o ojcostwie. Ojciec owdowiały, głuchy, zastępczy, niepełnosprawny ruchowo, zmagający się z autyzmem swojego syna, a także taki, który wraz z innymi ojcami szuka sposobów, jak być lepszym – to bohaterowie tych reportaży. Książka nie tylko dla ojców, ale dla wszystkich rodziców, a także dla tych, których dopiero to czeka. Kruczkowski wybrał na swoich bohaterów ludzi, od których można się uczyć. To największa zaleta tej książki.
Reporterska biografia Ireny Sendlerowej. Bikont spisuje świadectwa uratowanych żydowskich dzieci i niezliczonych źródeł, by nakreślić portret kobiety, która stała się symbolem Polski ratującej Żydów. I jak z symbolami bywa – sporo w tej historii uproszczeń i mitów, które Bikont cierpliwie demistyfikuje. Dzieci wcale nie było 2,5 tys., a Sendlerowa i jej współpracownicy działali w osamotnieniu, nie mogąc liczyć na znaczną pomoc kogokolwiek, Polskie Państwo Podziemne wliczając. Bikont z szacunkiem i wyrozumiałością obala też mity, które Sendlerowa sama tworzyła wokół siebie.
Świetnie skonstruowana i zajmująco napisana opowieść o skandalu, który wstrząsnął Holandią. Historia dawcy nasienia, który został ojcem około ¬dwustu dzieci. Bałuk zadaje ważne pytania o naturę relacji rodzinnych w dobie gwałtownego postępu medycyny, a przy okazji bawi się swoimi czytelnikami – podpuszcza do negatywnej oceny bohaterów, po czym prezentuje ich historie z nieoczekiwanej perspektywy. Dzięki temu jego debiutancka książka to też pożyteczna lekcja powściągliwości w łatwych osądach.
Odważny reportaż historyczny o obozach pracy przymusowej działających w Polsce w pierwszych latach po II wojnie światowej. Zostawione przez Niemców obozy znów działały, tylko pod polskim kierownictwem. Znaleźli się w nich niemieccy jeńcy, volksdeutsche, Ukraińcy, żołnierze podziemia i inni polityczni więźniowie komunistów. Łuszczyna dotarł nie tylko do dokumentów, ale też do żywych bohaterów, którzy opowiedzieli mu swoje historie. Pedagogika wstydu – powiedzą niektórzy, ale to nie sprawi, że te obozy znikną z historii.
Zbiór reportaży o współczesnej Szwecji, w którym na pierwszy plan wysuwają się tematy związane z polityką migracyjną. Tubylewicz oferuje spojrzenie uczciwe i humanistyczne jednocześnie. Jej bohaterowie już zdjęli różowe okulary, ale wciąż trzymają się „szwedzkich” wartości, takich jak solidarność, równość i odpowiedzialność za słabszych. Brakuje takich książek – o tym, jak gościnne kraje radzą sobie z gośćmi. Najłatwiej jest pomagać innym, gdy widzimy w nich anioły lub ofiary. Co zrobić, gdy okazują się po prostu ludźmi? To pytanie, które stawiają „Moraliści”. ©
źródło: https://www.tygodnikpowszechny.pl/raport-o-stanie-reportazu-151304
submitted by ben13022 to Polska [link] [comments]


2016.11.07 18:42 ben13022 Jak wstąpiłam do ONR [Duży Format]

„Będę czekał na Panią w południe przed wejściem do kawiarni Cafe Misja. Sprawą stolika i rezerwacją zajmę się osobiście” – pisze do mnie w czerwcu Jacek Rajewski z ONR w Poznaniu. Wysłałam wcześniej odpowiedź na ankietę rekrutacyjną: że chcę walczyć o wartości narodowe i katolickie – Bóg, Honor, Ojczyzna, że pradziadek działał w Stronnictwie Narodowym pod przewodnictwem Romana Dmowskiego, że prababcia pochylała się nad żywotami świętych.
Rekrutacja Przed poznańską kawiarnią widzę chłopaka w koszulce, włosy ścięte krótko przy głowie, uśmiecha się do mnie. Przyszedł na spotkanie z książką Jana Mosdorfa, przywódcy ONR w okresie międzywojennym, autora deklaracji ideowej ONR, antysemity.
– Jakie masz plany względem organizacji? – pyta, gdy siadamy przy stoliku.
– Pisałam w ankiecie – chciałabym uczyć młodych ludzi wartości patriotycznych i religijnych – głos mi drży.
– Spokojnie, nie denerwuj się – uśmiecha się.
– Śpieszyłam się, serce mi szybciej bije – biorę głęboki wdech. – Mogę prowadzić wykłady w organizacji, jestem polonistką, w rodzinie mam nauczycieli.
Uśmiecha się, ale nie odpowiada. Nie pyta o moje poglądy, ale – jak mówi – nim zostanę członkiem ONR, muszę przejść roczny staż kandydacki i zdać egzamin z lektur. Mówi o planach ONR w Poznaniu, na przykład o rozdawaniu zupy bezdomnym.
– Znasz kogoś z anarchistów? – pyta.
– Nie.
– Możemy organizować podobne akcje do nich, jak ta z zupą, czy bronić eksmitowanych lokatorów.
Opowiada z podziwem o nacjonaliście rumuńskim Corneliu Zelei Codreanu (antysemita, założyciel Żelaznej Gwardii, partii faszystowskiej. Jego portret zobaczę później w krakowskiej siedzibie ONR), jak edukował chłopów na rumuńskich wsiach. Mam wrażenie, że Rajewski mówi do mnie, jakby monologował.
Ma 24 lata, studiuje bezpieczeństwo narodowe na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu (wcześniej dwa lata historii), pracuje w barze. W ONR działa w sekcji gospodarczej, handluje gazetą wydawaną przez organizację. W liceum był kibicem klubu żużlowego i tam nauczyli go patriotyzmu, np. organizowali akcje upamiętniające „żołnierzy wyklętych”, był z nimi na Marszu Niepodległości.
– Dawno nie rozmawiałem z nikim o ideach, bo z kolegami z ONR obgadujemy tylko bieżącą politykę. Teraz, w wakacje, niewiele się dzieje, ale będzie rocznica poznańskiego Czerwca 1956, odezwę się – mówi.
Dostaję regulamin stażu kandydackiego. Staż trwa rok i kończy się egzaminem z zadanych lektur. Obowiązki: mam bezwzględnie szanować innych działaczy (zwracać się do nich na zebraniach „koleżanko”, „kolego”, chyba że ktoś wyższy rangą zaproponuje przejście na ty; nie przeklinać), witać się: „Czołem (Wielkiej Polsce)”, uznać hierarchię (np. rękę wyciąga najpierw osoba wyżej postawiona i udziela głosu), przychodzić raz w tygodniu na zebrania albo zgłaszać nieobecność, nie rozmawiać z mediami na temat ONR, nie pić alkoholu przed akcjami. Jeśli złamię którąś z zasad, dostanę upomnienie. Mam na pamięć nauczyć się „Modlitwy Narodowych Sił Zbrojnych”:
Panie Boże Wszechmogący,
daj nam siłę i moc wytrwania
w walce o Polskę,
której poświęcamy nasze życie (...)
Jeszcze „Roty” i „Hymnu Młodych”, od których zaczyna się w ONR spotkania:
Złoty słońca blask dokoła,
Orzeł Biały wzlata wzwyż,
Dumne wznieśmy w górę czoła,
patrząc w Polski Znak i Krzyż (...)
Dostaję też listę lektur do egzaminu i strukturę organizacji, ale bez imion i nazwisk kierowników. Są za to sekcje: promocji, naukowo-szkoleniowa, prawna, informatyczna, kresowa i sportowa.
Nie klaszczemy Połowa czerwca. SMS od Rajewskiego: w klasztorze Dominikanów w Poznaniu jest msza święta w intencji ofiar Czerwca ’56 – „zapraszam w imieniu moich przyjaciół z ONR:). Mnie niestety nie będzie ze względu na wizytę na drugiej stronie Poznania w sprawie nowego mieszkania. Moi ludzie będą czekali za Tobą pod kościołem. Chcę, żebyś wspólnie uczestniczyła z nimi w obchodach, co Ty na to?:)”.
Cieszę się, piszę, że wspólnie przeżyjemy rocznicę.
Pod kościołem czekają trzej mężczyźni z ONR Poznań. Są w eleganckich, wyjściowych koszulach. Jest też Kinga, 22-latka, ubrana w czarny kostium, studentka. Dowodzi Mateusz Szymański, dwudziestoparolatek, ogolony na zapałkę, z zieloną opaską z symbolem falangi na ramieniu. Stajemy na dziedzińcu kościoła Dominikanów. Z głośników słychać, jak ksiądz wita prezydenta RP Andrzeja Dudę – klaszczemy. Ksiądz wita ministra finansów z PiS – klaszczemy, ministra kultury – klaszczemy, Lecha Wałęsę – nie klaszczemy, kombatantów – klaszczemy, prezydenta Poznania – nie klaszczemy, marszałka województwa z PO – nie klaszczemy, przewodniczącego rady miasta z PO – nie klaszczemy, przedstawiciela „Solidarności” – klaszczemy.
Po mszy idziemy nieopodal, na plac Mickiewicza, gdzie zaczną się obchody. Maszerujemy z kibicami Lecha, partią Kukiz, „Gazetą Polską” i Młodzieżą Wszechpolską. Ktoś skanduje: „A na drzewach zamiast liści będą wisieć komuniści”. My w ciszy. Palą się race, dym zasłania widok. Stajemy z ludźmi z prawicy przed ustawioną na placu sceną dla polityków. Przemawia Lech Wałęsa. Krzyczymy z tłumem: „TW »Bolek!«”. Obok, za barierkami, ludzie z KOD-u w odpowiedzi skandują: „Lech Wałęsa!”. Idziemy kilka ulic dalej, by złożyć róże pod pomnikiem poległych w powstaniu poznańskim.
– Wiem, że nie chcesz korzystać z Facebooka, jak napisałaś w ankiecie, ale powinnaś założyć jakieś konto, bo na nim omawiamy akcje – radzi mi Mateusz.
Zgadzam się z nim, choć boję się, że mnie zdemaskują, dlatego byłam w ankiecie niechętna Facebookowi. Wracam do domu, zakładam konto, już po chwili Mateusz dodaje mnie do tajnej grupy ONR Poznań. Wkrótce przyłączy do kolejnej, w której są działacze Obozu z całej Polski. Jest ich tam około siedmiuset. Kierownik główny ONR Aleksander Krejckant powie mi później, że w organizacji działa tysiąc osób. Wkrótce, w sierpniu, sekretarz Brygady Wielkopolskiej spyta, czy zajmę się korektą tekstów. Zgodzę się i zostanę dołączona do grupy ONR Wielkopolska, w której jest około 40 osób.
A gugu! Początek lipca. Odbieram telefon od Mateusza Szymańskiego. – Czołem! – mówi. – Jedziemy na grilla nad jezioro, chcesz?
– Czołem! Chętnie.
Przyjeżdżam. Znajduję ich na końcu plaży jeziora Rusałka w Poznaniu. Rozkładamy ręczniki, chłopcy rozbierają się do kąpielówek, ja w stroju. Pływamy, opalamy się. Mateusz czyta coś w telefonie.
– Szukam przepisu na ciastka. Jak przyjdę do domu, to sobie upiekę – mówi.
Obok mnie Ania. Ma 29 lat, włosy farbowane na rudo, dziewczęca uroda i flaga Polski na rękawie bluzy. Wyjmuje z wózka dwuipółmiesięczną córkę. Odsłania pierś, karmi. Podchodzi jej mąż Michał Piernicki, 24 lata, na przedramieniu tatuaż Polski Walczącej, włosy ścięte przy skórze, działacz ONR. – Idź na ławkę – nachyla się do żony i mówi trochę przerażony, ścisza głos. Pokazuje głową na miejsce oddalone o kilkanaście metrów. Żona go ignoruje. Michał czuje, że nic nie wskóra, biegnie grać w piłkę z chłopakami.
Gdy się pakujemy, chłopaki stoją nad wózkiem, Mateusz, kierownik ONR, najbliżej. – A gugugugugu... – śmieje się do dziecka.
Pielgrzymka W połowie lipca ma się odbyć I Piesza Pielgrzymka Narodowców na Jasną Górę. Mówił mi o niej Rajewski podczas rozmowy rekrutacyjnej. Pielgrzymować mają różne środowiska nacjonalistów, np. Młodzież Wszechpolska i ks. Jacek Międlar. Chcę iść, dopytuję. Dzwonię do Mateusza Środy, koordynatora ONR w województwie małopolskim. Zapisuje mnie. Mówi, że pójdzie tylko kilka osób.
17 lipca. Jadę do Krakowa, skąd mamy pójść pieszo do Częstochowy Szlakiem Orlich Gniazd.
Jestem w siedzibie ONR w Krakowie, koło dworca, w budynku na parterze. Na błękitnych ścianach obraz Matki Boskiej Częstochowskiej, Chrystusa Króla i Michała Archanioła. Pod nimi szczerbiec – miecz koronacyjny królów polskich, przedwojenny symbol ruchu narodowego. Dalej portrety Jana Mosdorfa, Romana Dmowskiego, Leona Degrelle’a (członek SS, ulubieniec Hitlera). Jest worek bokserski zawieszony na łańcuchu, dalej kuchnia, łazienka, biblioteczka – kilkadziesiąt lektur religijnych i historycznych. Na ziemi „Dziennik” Anny Frank, żydowskiej dziewczynki, która zginęła w obozie koncentracyjnym.
– Czytałeś to? – pytam Mateusza.
– Nie. Znasz postaci z portretów? Degrelle’owi wymazaliśmy na portrecie znak SS, bo nie lubię szowinistycznego nacjonalizmu.
Mateusz tłumaczy, że trafił do ONR prawie sześć lat temu jako niedojrzały chłopak, który nie wierzył w Boga. Zainteresował się historią, kolega mu pożyczył lektury, zaczął chodzić na msze i uroczystości patriotyczne. Półtora roku temu się nawrócił, choć jego rodzice chodzą do kościoła od święta. Jego ojciec nie akceptuje, że syn jest w ONR, choć Mateusz nie umie sprecyzować poglądów ojca.
W kuchni otwiera szafę. Wyciąga z niej książki wydane przed dziesięcioleciami – życiorys i opis pogrzebu Romana Dmowskiego. Bierze jedną, otwiera na stronie z cytatami w językach obcych.
– Popatrz, nie są przetłumaczone na polski, bo ludzie znali wtedy języki – mówi z podziwem.
Idziemy z pielgrzymką. Ja, Mateusz, Robert, ks. Łukasz Szydłowski z Bractwa Kapłańskiego Świętego Piusa X (lefebryści, przekonani o kryzysie wewnątrz Kościoła, do którego przyczyniają się m.in. masoni, odrzucają część postanowień Soboru Watykańskiego II) i dziewczyna, też Justyna, wierna Bractwu Piusa X.
Idziemy kilkadziesiąt kilometrów dziennie po łąkach i lasach. Czasem gubimy się i nadrabiamy drogę. Rano msza, trzy razy dziennie różaniec, także po łacinie, Anioł Pański, wykład, np. o historii bractwa, śpiewanie pieśni maryjnych. Samochód z naszymi bagażami prowadzi Mateusz, więc idziemy we trójkę.
W przerwie między modlitwami Robert przekonuje żarliwie: – Mam kolegę geja – mówi. – Ale homoseksualiści nie mogą mieć praw na przykład do małżeństwa, bo będą dawać zły przykład dzieciom.
Księdzu spuchło kolano, bolą go stopy, ma za małe buty. Nocleg w jednej z parafii, proboszcz prowadzi nas do pomieszczenia, które wygląda na dawną kaplicę, i znika w drzwiach. Przygotowujemy kolację. Robert prosi ks. Łukasza o wykład z teologii. Robert mówi mi o Żydach z żarliwością wykładowcy.
– Czuliśmy się wykluczeni jako Polacy, bo Żydzi zajmowali ponad 50 procent miejsc na niektórych kierunkach wyższych uczelni.
Siadamy do stołu.
Dzień przed wejściem na Jasną Górę przychodzimy do parafii św. Józefa Rzemieślnika w Częstochowie. Proboszcz gości nas na plebanii, pokazuje pokoje, zaprasza na kolację. Jesteśmy zdenerwowani, bo biskupi Kościoła katolickiego niechętnie patrzą w Polsce na lefebrystów. W jadalni po jednej stronie stołu siedzą proboszcz, wikary, zakonnica i jacyś pielgrzymi. Po drugiej – ks. Łukasz, Robert, Mateusz, Justyna i ja.
– Z jakiej parafii jest ksiądz? – pyta głośno stary proboszcz naszego ks. Łukasza.
Robert, co powie mi później, myśli wtedy: jedz lepiej szybko, co na stole, bo zaraz nas wyrzucą. Mateusz i Justyna wstrzymują oddech i patrzą z napięciem na naszego księdza. Ks. Łukasz szepcze, że z Bractwa Kapłańskiego Świętego Piusa X. Milkną rozmowy. Czekamy. Proboszcz zmienia temat.
Żaden z proboszczów, u których nocowaliśmy w świetlicach, nie pozwolił na odprawienie mszy w kościele ks. Łukaszowi. Jeden przyznał, że bał się biskupa. Rano pijemy wspólnie kawę. Robert prosi Justynę, by powiedziała coś po śląsku. Jest studentką teologii i psychologii. W pierwszej kolejności, jak mówi, jest Ślązaczką, a potem Polką. Przekomarzają się z nią, że Śląsk jest Polski, a ona Polką. Justyna odpowiada gwarą śląską: „Kto ty jesteś, Polak mały”.
Po śniadaniu docieramy na Jasną Górę. Wchodzimy do kościoła, każdy przyklęka.
– Justyna, jak przyklękasz, to na prawe kolano albo na oba. Nie podpieraj się – tłumaczy mi Robert nauczycielskim tonem.
Idziemy do bocznej kaplicy na mszę. Z nami jest jeszcze kilka kobiet i mężczyzn z ONR z innych regionów Polski. Na koniec śpiewamy „Z dawna Polski Tyś Królową”. Wychodzimy z kaplicy, Robert ma łzy w oczach, bo wzruszyła go wspólna msza święta po łacinie. Przez całą pielgrzymkę wieczorami uczyliśmy się na pamięć słów liturgii w tym języku, żeby umieć odpowiedzieć księdzu.
Idziemy na dworzec PKP.
– Martwisz się, że na pielgrzymce szły tylko trzy osoby? – pytam Mateusza, gdy wsiadamy do pociągu. Jedzie do Piotrkowa Trybunalskiego, do domu rodziców.
– Wszystko mi zawsze wychodzi – żali się. Staram się go pocieszyć.
– Czołem i z Panem Bogiem – mówi w drzwiach pociągu, gdy wysiada.
Zakon Dwa tygodnie po pielgrzymce zostaję zaproszona na spotkanie tzw. Zakonu. Kieruje nim niejaki Antoni Myśliński. To pion ONR, który „zgłębia religijność oraz mistycyzm w duchu walki z modernizmem w Kościele, islamizmem i masonami” i zajmuje się „akcjami przeciwko antykatolickim ośrodkom w kraju”.
Wstęp do Zakonu to trzy stopnie. Pokonuję pierwszy: odmawianie różańca, czytanie zadanych książek, udział we mszy w Bractwie Piusa X, który wystarcza, by w ostatnią sobotę sierpnia pojechać na zjazd Zakonu w Warszawie. Znajome twarze: Robert Bąkiewicz, Mateusz, małżeństwo Klaudia i Karol i jeszcze jeden chłopak z ONR, którego nie znam.
Karol ma 27 lat, studiował historię i administrację, jako student pisał do gazetki kibiców Korony Kielce. W Kielcach pracował w dawnym więzieniu UB jako przewodnik. Odmawiamy wspólnie różaniec w kaplicy bractwa, potem słuchamy Antoniego. Stoi przed nami w koszuli, spodniach, chodzi po sali jak nauczyciel. Mówi, że odszedł oficjalnie z ONR, bo wyjeżdża do seminarium Bractwa Piusa X. Jednemu z nas przekaże kierownictwo nad Zakonem. Zawiesza głos. Po chwili dodaje, że „Robertowi, głowie rodziny”. Robert nachyla się do mnie i szepcze: – Będę to musiał jakoś pogodzić z nową funkcją współorganizatora Marszu Niepodległości.
Antoni kontynuuje.
– Przypominam, że jednym z zadań Obozu Narodowo-Radykalnego jest dążenie do tego, aby jak najwięcej rodaków zbawiło swoje dusze. Musicie szerzyć różaniec w waszych rodzinach, wśród koleżanek i kolegów z ONR i ludzi spoza organizacji. Możecie też zająć się akcjami w terenie. Na przykład rozpylić śmierdzącą substancję na koncercie Behemotha.
– Szukaliśmy już takiej w internecie – przerywa Klaudia.
– Moglibyśmy zrobić to kolejno w kilku miastach – mówi ktoś z sali.
– Ale jeśli zrobimy to raz, to na kolejnych koncertach nas złapią – dodaje ktoś.
Antoni, który za chwilę zostanie księdzem, doradza: – Lekarzowi, który wykonuje aborcje i zabija dzieci, można porysować samochód i zostawić list. Napisać, że jeśli się nie nawróci, czeka go kara piekła. Można dodać, że jeżeli nie przestanie zabijać dzieci, znowu porysujecie – mówi poważnym tonem. – Oczywiście nie podpisujcie się pod tym jako ONR.
– Trzeba tak to zrobić, żeby się nie dać złapać – dodaje Robert z uśmiechem.
– Dbajcie o naszą organizację, będę się za nią modlił w seminarium – kończy Antoni.
Nocuję w domu Roberta. Parterówka, wokół zieleń i drewniany stół z ławkami. Wstaję o świcie, bo jedziemy autokarem na pogrzeb „żołnierzy wyklętych” do Gdańska. Żona Roberta siedzi na dworze, przysiadam się. Trzynastoletnia córka ubrała się w sukienkę do kostek i siada obok nas. Robert, który kręci się po podwórzu, patrzy na córkę i mówi stanowczo:
– Przebieraj się, jedziesz na pogrzeb.
Córka patrzy z wyrzutem, ale bez słowa wychodzi. Wraca w jasnej spódniczce. Nie zdąży przejść progu w drzwiach, gdy Robert podnosi głos:
– Bo nie pojedziesz, ubieraj się na czarno, narzuć coś na ramiona.
Dziewczyna wychodzi. Robert załamuje ręce, że to taki wiek, że dziewczyna chce się podobać chłopakom. Żona potwierdza skinieniem i wychodzi pomóc córce, która ubiera się na czarno. Żona podaje Robertowi kanapki i termos.
Gdańsk. Stoimy na placu przed kościołem, idziemy z flagami ONR przed główne wejście do bazyliki. Robert rzuca komendę: – W dwuszeregu zbiórka!
I tak stoimy całą mszę. Na podniesienie Najświętszego Sakramentu klękamy na gołej ziemi z flagami w rękach. Robert wychodzi przed szereg, widzi, że jeden chłopak stoi.
– A kolega? Na kolana – wydaje ostro polecenie.
Chłopak tłumaczy się, że choruje. Robert nic nie mówi, odchodzi i klęka na oba kolana.
Trzy dni później zostaję dodana do grupy Zakonu na Facebooku. Do połowy października będzie liczyła 23 osoby z ONR.
Poseł PiS i obietnica Początek sierpnia. Jadę z Jackiem, który mnie rekrutował, Mateuszem i Błażejem Madalińskim na obchody rocznicy urodzin Romana Dmowskiego w Chludowie, w Wielkopolsce, gdzie przywódca endecji mieszkał w latach 20. Składamy kwiaty pod jego pomnikiem. Obok jest dom misyjny ojców werbistów, idziemy na mszę, potem poczęstunek. Podchodzi do nas Bartłomiej Wróblewski, poseł Prawa i Sprawiedliwości z Poznania. Na ramionach mamy zielone opaski z falangą.
– Pani jest z ONR? – pyta mnie i wyciąga rękę.
– Tak – odpowiadam. Poseł wita się z chłopakami. Też go nie znali. Poseł mówi, że sfinansuje połowę kosztów za autokar na wyjazd na Marsz Niepodległości 11 listopada dla środowisk patriotycznych z Poznania. Proponuje, żebyśmy pojechali tym autokarem. Chłopcy cieszą się, ale są zdziwieni. Ustalamy, że wrócimy do tematu w październiku.
Nagana: z liścia Dostajemy do przeczytania od kierownika ONR Poznań naganę, którą dostał inny oddział w Polsce po pogrzebie „żołnierzy wyklętych”. Czytam w niej, że niektórzy mieli opaski z falangą założone na gołe ramię, za co następnym razem będzie kara cielesna. Upomnienie podpisane jest pseudonimem i brzmi tak:
„Wiem, że było gorąco, zdaję sobie sprawę, że wielu jechało na ten pogrzeb setki kilometrów, ale za przeproszeniem kurwa krótkie spodenki na pogrzebie?! Skąd Wy się urwaliście? Gdzie byli koordynatorzy? Kto dawał ludziom w krótkich spodenkach flagi do rąk? To jest kurwa festyn, piknik czy poważna organizacja narodowa?! Kogo wy [koordynatorzy] przyjmujecie do tej organizacji? Na każdej manifestacji ONR ludzie trzymający flagi ubierają długie ciemne spodnie. Stoisz z opaską na łapie, nie trzymasz flagi, to w momentach podniosłych, podczas przemówień naszych działaczy czy ludzi ważnych nie trzymasz łap w kiermanie, tylko stoisz z wypiętą klatą i rękami skrzyżowanymi z tyłu! Marzą się Wam mundury, a nie potraficie podstawowych spraw dopilnować. Niech mi świadkami będą wszyscy tu obecni. Od dziś każda osoba, która nie będzie umiała się zachować, zostanie przeze mnie ukarana liściem [uderzenie dłonią w twarz] i pozbawieniem symbolu, którego nie potrafi uszanować. Brygady będą pozbawiane flag, aż nauczycie się podchodzić do sprawy GODNIE”.
Zmiana w strukturze poznańskiej. Mateusz przestaje być kierownikiem, zastępuje go Błażej Madaliński. Ma 25 lat, skończył budownictwo na Politechnice Poznańskiej. Jest redaktorem na portalu internetowym ONR. Dołączył do organizacji rok temu, gdy usłyszał, że do Europy napływają islamiści, chciał przed nimi bronić Polski. Idziemy do siedziby ONR. Nie mamy kluczy, czekamy pod drzwiami i rozmawiamy. Pytam o jednego z członków ONR, który jest skinem.
– Ale u nas w organizacji nie ma miejsca na rasizm – odpowiada. – Kilka dni temu idę wieczorem ulicą w Poznaniu. Widzę, jak na Murzyna idą dresiarze. Jeden go obraża. Pomyślałem, że jeśli go nie zostawią, to go obronię. Nie wiedzą, jakim jest człowiekiem, co zrobił, to czemu go obrażają.
– Też bym tak postąpiła.
– Jeśli chodzi natomiast o wyznawaną wiarę, o islam i judaizm, to fałszywe, szatańskie religie.
– Dlaczego?
– Mahomet był fałszywym prorokiem, a Żydzi nie uznali Chrystusa. Chrześcijaństwo jest jedyną wiarą, przez którą człowiek może być zbawiony i pójść do nieba. Powinniśmy się modlić za Żydów i muzułmanów, żeby się nawrócili.
Poseł PiS i kasa Początek października. Błażej mówi na zebraniu oddziału, że poseł Wróblewski z PiS zaprasza go do biura partii. Idziemy na marsz antyaborcyjny w Poznaniu z organizacjami pro-life. Po marszu pytam Błażeja, po co poseł PiS go zaprosił.
– Pytał, czy poprzemy ich kandydata na prezydenta Poznania w kolejnych wyborach – mówi.
– I co mu odpowiedziałeś? – pytam zaciekawiona.
– Uciekłem od jednoznacznej odpowiedzi posłowi, bo to partia bezideowa i kłamliwa, a patriotyzm to ich sposób na zbicie kapitału politycznego.
– A co z tymi autokarami na Marsz Niepodległości?
– Jeśli uda nam się zapełnić cały autokar, to zapłacimy 30 zł za przejazd w dwie strony od osoby. Mam na to pieniądze od posła. 1500 zł.
– Podpisaliście jakąś umowę?
– Nie.
– Wyjął pieniądze ot tak z portfela i ci dał? – dopytuję.
– To nie jego zarobione pieniądze, tylko partii, więc nie miał z tym problemu. Kilka dni po naszym spotkaniu dał te 1500 zł gotówką Bartkowi [członek ONR w Poznaniu, działa w sekcji naukowo-szkoleniowej]. Nam głupio nie skorzystać, a on nic nie traci jako polityk. Z początku zaproponował, że dofinansowanie przekaże Bogdanowi Freytagowi [szef związku Wierni Polsce z Poznania, organizacji nacjonalistycznej]. Odpowiedziałem, że to ja chcę organizować wyjazd. Myślę, że poseł nas testuje, czy zachowamy się uczciwie i czy nie zabierzemy tej kasy, by zorganizować autokar po normalnej cenie. Poszedłem też do posła, bo w ONR od czasu rocznicy w Białymstoku nic się nie dzieje prócz dyskusji w internecie. Nikt nie ruszył się sprzed komputera, by przyjść na marsz zboczeńców. Góra ignoruje moje pomysły. Tylko jednostki mają ideały w ONR i chcą coś robić.
Poseł Wróblewski, gdy go spytam później o pieniądze dla ONR, powie mi, że trzeba wspierać postawy patriotyczne, że pomaga im z własnych środków. – Nie chodzi o budowanie bieżących relacji politycznych, co zresztą ze względu na różnice może być trudne. Ale jesteśmy jednym społeczeństwem i musimy ze sobą rozmawiać.
Spowiedź Idę wieczorem ulicą z ks. Łukaszem Szydłowskim z siedziby warszawskiego oddziału ONR. Gościł na zjeździe Zakonu.
– Chciałabym się wyspowiadać – mówię.
– Teraz?
Przystępuję do spowiedzi w samochodzie księdza. Otwieram modlitewnik Bractwa Piusa X.
– Pobłogosław mnie ojcze, bo zgrzeszyłam... – zaczynam od tych słów. Ksiądz błogosławi. – Zgrzeszyłam myślą, w organizacji nacjonalistycznej, do której należę, ratujemy dusze grzeszników przed piekłem. Odmawiamy za nich różaniec. Planujemy też akcje w terenie wymierzone przeciwko antymoralności chrześcijańskiej. Jeden z kolegów podał przykład, żeby lekarzowi, który zabija dzieci, porysować samochód i zostawić list z ostrzeżeniem. Za wszystkie grzechy szczerze żałuję i postanawiam się poprawić. Proszę o naukę i zbawienną pokutę – mówię.
Zapada cisza. W końcu ksiądz mówi. – To nie jest grzech – poucza. – Jeśli zniszczysz cudzą rzecz, jej właściciel się wystraszy i nie zabija już dziecka, to znaczy, że się nawrócił i dostąpi zbawienia. Lekarz powinien zostać uświadomiony, że czekają go kara i potępienie. Nie można jednak skrzywdzić drugiego człowieka. Jego rzeczy tak, ale nie samego człowieka. Nie jest grzechem też, gdy życzymy grzesznikowi choroby, żeby się dzięki niej nawrócił. Czy takie akcje mają jednak sens? Czy lekarz faktycznie nawróci się ze strachu? Trzeba też przeprowadzić je rozsądnie – poucza ksiądz.
– Czyli jak? – pytam.
– Nie daj się złapać. W wypadku koncertu to nie będzie trudne. W wypadku samochodu unikaj kamer i ubierz się na czarno – mówi.
Udziela rozgrzeszenia.
autorka: Justyna Bryske
źródło: http://wyborcza.pl/duzyformat/7,127290,20932332,jak-wstapilam-do-onr.html
submitted by ben13022 to Polska [link] [comments]


2016.05.18 16:49 ben13022 1913: Świat taki jak nasz

Podróże bez paszportów i wiz.
Powszechna wymienialność pieniędzy. W sklepach towary z najodleglejszych zakątków Ziemi. W 1913 r. nikogo to nie dziwiło, tak jak nas nie dziwi to dzisiaj. Świat, który pod wieloma względami bardzo przypominał nasz, skończył się wraz z wybuchem I wojny światowej.
Za sprawą kolei i parowców podróż z Londynu do Chicago jest dziś znacznie szybsza i przyjemniejsza od podróży z Londynu do Edynburga 200 lat temu - informował w 1913 r. Francis Wrigley Hirst, wydawca tygodnika "The Economist", który w eseju zatytułowanym "Podróż zagraniczna" opisywał ówczesny świat.
W podróży Hirstowi szczególnie podobały się amerykańskie wygody, francuska kuchnia, a także niemieccy kelnerzy. Wszędzie tam, gdzie jest dużo możliwości uprawiania sportów albo po prostu "dobre powietrze", są też dobre hotele. Afrykańskie pustynie, Kaszmir, Kalifornia, Japonia, Wyspy Kanaryjskie, Bermudy, wyspy Grecji, Uganda, Kolumbia Brytyjska - wszystkie te egzotyczne miejsca są dziś tak łatwo dostępne dla nowoczesnego globtrotera i wszędzie może on znaleźć wygody, do których jest przyzwyczajony.
Podróżowanie staje się coraz tańsze i dostępne nie tylko dla bogatych. Nic dziwnego, że liczba podróżujących dla przyjemności lub zysku rośnie systematycznie.
Proszę bardzo. Kompania okrętowa Hamburg-American Line sprzedaje bilety na wyprawy dookoła świata na pokładzie luksusowego liniowca SS "Cleveland". Trasa wiedzie z Nowego Jorku do Europy i potem przez Kanał Sueski do Indii, Birmy, na Filipiny, do Hongkongu, Japonii i dalej na Hawaje, a potem już tylko skok do San Francisco. A wszystko za 650 dolarów, które dziś odpowiadałyby kwocie 15 tys. 355 dolarów.
Na "Cleveland" do dyspozycji pasażerów są elektryczne windy pomiędzy pokładami, telefony pozwalające na dzwonienie z kajuty do kajuty, ciemnia dla miłośników fotografii, bogata biblioteka oferująca książki w językach angielskim, francuskim i niemieckim. Jest nawet sala gimnastyczna - odpowiednik współczesnej siłowni - z maszynami do ćwiczeń. Kilka z nich wyposażonych jest w siodło, a korzystający z nich ma wrażenie, że jedzie konno.
W 1913 r. ostatnią część tej podróży - z San Francisco do Nowego Jorku - odbywano koleją, ale kończyła się już budowa Kanału Panamskiego, który został otwarty w 1914 r. Przyszli turyści mogliby więc liczyć na to, że opłyną całą kulę ziemską, korzystając przez cały czas z luksusu, jaki zapewniał SS "Cleveland". Świat ten wydawał się stabilny - komu przychodziło do głowy, że wojna, która wybuchnie rok później, będzie oznaczać jego koniec?
Komu po zakończeniu "wielkiej wojny" - jak w dwudziestoleciu nazywano pierwszą wojnę światową - przychodziło do głowy, że Europę czeka wkrótce jeszcze straszliwsza zawierucha? A jednak wielu przeczuwało, że przedwojenne wygody i wolności szybko nie wrócą.
Wybitny ekonomista John Maynard Keynes zaraz po wojnie w książeczce zatytułowanej "Ekonomiczne konsekwencje pokoju" pisał:
Cóż za nadzwyczajny okres w dziejach ludzkości zakończył się w sierpniu 1914 r.! Większość co prawda pracowała ciężko i żyła na niskim poziomie, ale wedle wszelkiego prawdopodobieństwa była ze swego losu całkiem zadowolona. A zresztą każdy, o ile miał on ponadprzeciętne zdolności i charakter, mógł awansować do klasy średniej czy wyższej. Ludzie z klasy średniej małym kosztem i bez wielkiego zachodu mogli sobie pozwolić na wygody, przyjemności i udogodnienia przechodzące wyobrażenie najbogatszych i najpotężniejszych władców żyjących w dawnych wiekach.
Keynes dał może najbardziej dosadny i lapidarny opis epoki, która właśnie się skończyła. Popijając w łóżku poranną herbatę, londyńczyk przez telefon mógł sobie zamówić najrozmaitsze produkty z całego świata i oczekiwać, że rychło zostaną dostarczone pod jego drzwi. W ten sam sposób mógł zainwestować majątek w zasoby naturalne albo przedsięwzięcia w dowolnej części świata i liczyć na udział w korzyściach, jakie miały przynieść (...).
A gdyby tylko zechciał, to mógł zapewnić sobie błyskawicznie tani i wygodny środek podróży do dowolnego kraju, nie zawracając sobie głowy paszportem i innymi tego typu formalnościami. Mógł też wybrać się do obcego kraju, nie znając religii, języka czy obyczajów jego mieszkańców (...), a gdyby natrafił na najdrobniejsze choćby przeszkody, byłby nimi mocno zaskoczony i zirytowany.
Ale - jak wywodził Keynes - najważniejsze było, że ów hipotetyczny przedstawiciel brytyjskiej klasy średniej uważał taki stan rzeczy za coś całkowicie normalnego, pewnego i stałego. Mogło być tylko lepiej i każde odstępstwo od takiego stanu rzeczy uznałby za aberrację, skandal i coś, czego można uniknąć.
Wszelkie zło świata: militaryzm i imperializm, rasizm, monopole, restrykcje, złowieszcze ideologie - które według Keynesa miały stać się "wężem w tym raju" - były ciekawostkami w codziennej gazecie, - niemającymi wpływu na komfort codziennego życia.
Globalizacja, która - jak się często uważa - jest zjawiskiem naszych czasów, miała się bardzo dobrze już w 1913 r. I można twierdzić, że pod wieloma względami światowa integracja była wówczas daleko mocniej posunięta niż dziś - pisze amerykański historyk Charles Emmerson, autor wydanej w tym roku w USA książki "1913. W poszukiwaniu świata sprzed wielkiej wojny".
Brytyjski historyk G.P. Gooch w 1912 r. doszedł do wniosku, że "cywilizacja stała się międzynarodowa".
W 1913 r. we flamandzkiej Gandawie miała miejsce Exposition Universelle et Internationale, czyli wystawa światowa, na której poszczególne kraje wystawiły pawilony i prezentowały w nich swe osiągnięcia na niwie sztuki, przemysłu czy sportu.
Nie minęło 18 miesięcy, a Gandawa była okupowanym przez Niemców, poszarzałym i zbiedniałym nagle miastem oddzielonym od reszty świata podwójną linią okopów.
W 1913 r. nikt jednak o tym nie myślał. Albert, król Belgów, konstytucyjny władca małego, ale bardzo bogatego kraju neutralnego, z najwyższą uwagą oglądał brytyjskie maszyny i niemieckie meble.
Jak głosiła ulotka, wystawa gandawska powinna być wymownym potwierdzeniem nieprzerwanego postępu, za który odpowiedzialny jest geniusz ludzkości, i na każdym polu działalności ludów Ziemi.
Pawilony wystawowe w kolorach bieli i złota stały w wielkim ogrodzie z fontannami i oczywiście oświetlało je światło elektryczne. Elektryczność była wówczas symbolem nowoczesności - tak jak dziś internet.
Międzynarodowy duch był też świetnie widoczny w nieodległej Hadze w Holandii, gdzie w sierpniu 1913 r. otwarty został Pałac Pokoju - rezydencja międzynarodowego sądu arbitrażowego mającego godzić skonfliktowane państwa.
Budowę tego imponującego gmachu sfinansował właściciel niezmierzonej niemal fortuny, amerykański magnat stalowy z Pittsburgha Andrew Carnegie. Budowniczowie użyli holenderskich cegieł, piaskowca z Francji, granitu ze Szwecji i Norwegii. Posadzki były z austriackiego drewna, witraże sprowadzono z Wielkiej Brytanii, posągi z brązu - z Ameryki, boazerię z drzewa różanego - z Brazylii, jedwabne zasłony i porcelanowe wazy - z Chin i Japonii, a dywany - z Turcji. Na szczycie wieży był zegar - naturalnie ze Szwajcarii. Niemcy zaś dostarczyły potężną metalową bramę.
Także klasy średnie czuły się w Europie i poza nią jak w domu. W 1913 r. młody rosyjski kompozytor Sergiej Prokofiew pojechał z matką w podróż do Berlina, Paryża, Londynu i Szwajcarii.
Keynes, gdy skończył pisać swoją pierwszą ważną książkę, wsiadł do pociągu relacji Londyn - Mediolan (a potem na statek do Kairu) i udał się na zasłużony wypoczynek. Grudzień spędził w Roquebrune na Riwierze Francuskiej.
"The Evening Standard" zachęcał w 1913 r. do spędzenia wakacji w Sudanie, gdzie panuje "idealny zimowy klimat", podobno "niezmiennie suchy i słoneczny". Na miejsce można było dotrzeć "ekspresowym parowcem" oraz w "luksusowych wagonach sypialnych". Kraj ten, jak zachwalali przedstawiciele biura turystycznego, świetnie się nadawał do polowań na wielkie afrykańskie zwierzęta.
Warszawscy inteligenci i zarazem obywatele carskiej Rosji jeździli na letnisko nie tylko do pobliskiego Otwocka, ale także do coraz modniejszego uzdrowiska Zoppot koło Gdańska (wówczas w Rzeszy Niemieckiej) czy Zakopanego (wówczas w austro-węgierskiej Galicji).
Podróżowali do Szwajcarii albo do niemieckiego uzdrowiska Baden-Baden po zdrowie i wypoczynek - tak jak dziś tysiące Polaków jeżdżą na urlop do Tunezji, Grecji albo na narty w Alpy austriackie czy włoskie.
Kolej, która pokrywała już gęstą siecią cały kontynent, umożliwiała podróżowanie łatwe i wygodne. Mający czas i pieniądze Europejczyk korzystał z tego właśnie środka lokomocji, stając w hotelach, które im nowsze były, tym coraz większe i bardziej luksusowe.
W 1913 r. Szwajcarzy otworzyli luksusowy Carlton w St. Moritz, a Francuzi Negresco w Nicei, świątynię złota i marmuru. W Monte Carlo widok brytyjskiego dżentelmena rozmawiającego po francusku z austriackim chirurgiem i przyglądającego się, jak rosyjski generał zgrywa się w karty, nie był niczym nadzwyczajnym.
Symbolem jedności kontynentu byli spokrewnieni ze sobą europejscy monarchowie. Uważało się, że odzwierciedlają oni cechy swoich narodów.
Jerzy V, król Zjednoczonego Królestwa Wielkiej Brytanii i Irlandii, uchodził za odpowiedzialnego nudziarza. Niemiecki kajzer Wilhelm II miał opinię człowieka nieobliczalnego i dumnego, a car Mikołaj II - lojalnego i łatwowiernego konserwatysty.
Wszyscy trzej byli kuzynami oraz potomkami królowej Wiktorii. Jerzy V i Mikołaj II byli tak do siebie podobni, że kiedy w połowie maja 1913 r. w gazetach można było obejrzeć ich wspólne zdjęcie zrobione w Berlinie, to wydawało się, że są prawie braćmi bliźniakami.
Kwiat europejskiej arystokracji zjechał wówczas do stolicy Niemiec na ślub księżniczki Wiktorii Luizy, jedynej córki kajzera, i księcia Ernesta Augusta z Hanoweru - mariaż ten godził dwie od dawna zwaśnione dynastie Hohenzollernów i Hanowerczyków, którzy w chwili zjednoczenia Niemiec przez Bismarcka w 1871 r. pod berłem tych pierwszych utracili koronę królewską.
Ślub odbył się wbrew woli rodziny Hohenzollernów (Wilhelm w końcu uległ, bo nie potrafił odmówić córce), a prasa rozpisywała się o historii miłosnej, która poruszyła koronowane głowy Europy. Londyńska "Daily Graphic" pisała: Gdy wielcy potentaci i zarazem bliscy krewni spotykają się i publicznie dają pełen wyraz swoim emocjom, można zakładać, że na firmamencie politycznym nie gromadzą się chmury.
Jerzy V był nadzwyczajnie fetowany w Berlinie, a chorągiewki do machania przejeżdżające- mu w otwartym powozie monarsze rozchodziły się jak świeże bułeczki. Były salwy armatnie (ze 101 dział), bankiety i bale.
Na przywitanie cara Mikołaja dach opery berlińskiej został udekorowany rosyjskimi i niemieckimi flagami. "Goście, którzy rządzą jedną trzecią świata" - zatytułowała relację brytyjska gazeta i było w tym niewiele przesady.
Po drugiej stronie barykady stali socjaliści, ale i ten ruch był bardzo międzynarodowy: działacze robotniczy podróżowali po całej Europie i spotykali się na wspólnych zjazdach.
Pierwsza epoka globalizacji pod wieloma względami przypominała naszą: cła były niskie, oparte na złocie waluty - stabilne, a porządek międzynarodowy wydawał się niewzruszony.
Chociaż na kontynencie stale mówiło się o wojnie - i na Bałkanach wybuchały konflikty - to jednak nikt nie sądził, żeby starcie zbrojne między mocarstwami (o ile do niego dojdzie) mogło naruszyć fundamenty tego porządku. Kryzysów politycznych było zresztą co niemiara, a przecież żaden nie skończył się kataklizmem: wojna pomiędzy Francją i Wielką Brytanią wisiała na włosku, kiedy wojska obu tych mocarstw kolonialnych spotkały się pod Faszodą nad Nilem w Sudanie (w 1898 r.).
Dodajmy dwa kryzysy marokańskie, w trakcie których o mały włos nie doszło do wojny francusko-niemieckiej (w 1909 i 1911 r.) i dwie wojny bałkańskie, które groziły zaangażowaniem mocarstw i wciągnięciem ich w większy konflikt.
Ludzie wierzyli w waluty, wolność podróżowania i robienia interesów, w bezpieczeństwo inwestycji. Mieszkańcy Starego Kontynentu bez zahamowań kupowali akcje firm prowadzących najbardziej nawet egzotyczne przedsięwzięcia zamorskie.
Był to świat stabilny i bezpieczny dla Europejczyków, zwłaszcza zamożnych, ale już nie dla ich poddanych, czyli Azjatów i Afrykanów. Jak dowodzą historycy gospodarki Kris James Mitchener i Marc Weidenmier, wcielenie podbitego terytorium do imperium kolonialnego zwiększało dwukrotnie jego obroty handlowe. Europejczycy, od lewa do prawa, wierzyli, że ich dominacja przynosi podporządkowanym narodom cywilizację i rozwój.
Nawet ojciec komunizmu naukowego Karol Marks pisał wielokrotnie o transformacyjnej mocy zachodniej dominacji i kapitalizmu w Indiach. A jego wierny druh Fryderyk Engels tak pisał o podporządkowanych Francji mieszkańcach dzisiejszej Algierii:
Jakkolwiek smutkiem napełniać musi ludzkie serca obraz rozbicia i ruiny pracowitych, patriarchalnych i spokojnych organizmów społecznych, widok ludzi, którzy utracili prastare formy swej cywilizacji i należne im odwiecznie środki utrzymania, to jednak nie wolno zapominać, że te sielankowe wspólnoty wiejskie stanowiły zawsze mocną podstawę wschodniego despotyzmu. Że zamykały umysł ludzki w najciaśniejszych granicach, czyniąc zeń narzędzie zabobonu, niewolnika tradycyjnych reguł, pozbawiając go wszelkiej wielkości i rozmachu dziejowego.
Koniec nadszedł nagle i zaskoczył wszystkich. Kiedy 28 czerwca 1914 r. Serb Gawriło Princip zastrzelił w Sarajewie austriackiego następcę tronu arcyksięcia Franciszka Ferdynanda, poruszył lawinę, która po miesiącu gorączkowych negocjacji doprowadziła do wybuchu wojny światowej - politycy, generałowie i pisarze często znajdowali się po niewłaściwych stronach granic.
Rosyjski generał Aleksiej Brusiłow, który w 1916 r. poprowadził ofensywę na froncie wschodnim, był wówczas w Niemczech. Dowódca armii serbskiej generał Radomir Putnik spędzał czas w Austro-Węgrzech, które miały wkrótce wypowiedzieć wojnę jego krajowi.
Winston Churchill, wtedy pierwszy lord admiralicji, brał udział w wizycie brytyjskiej floty w niemieckiej Kilonii. Joseph Conrad, Polak i wielki brytyjski pisarz, spędzał czas w austro-węgierskim Zakopanem.
Po latach Stefan Zweig, niesłychanie popularny w okresie międzywojennym pisarz, pacyfista i zwolennik zjednoczonej Europy (odmówił wzięcia do ręki karabinu w czasie wojny i pracował w archiwum wojskowym), wspominał, że jako Austriak kibicował wyczynom francuskich asów lotnictwa. Robił to z powodu naszej dumy z kolejnych triumfów naszej techniki, naszej nauki, europejskiego ducha wspólnoty, europejskiej świadomości narodowej, która zaczynała się kształtować. Jak bezużyteczne - mówiliśmy sobie - są granice, kiedy każdy samolot może przelecieć nad nimi z łatwością, jak prowincjonalne i sztuczne są cła, strażnicy i patrole graniczne, jak bardzo nie przystają do ducha czasów, który wyraźnie poszukuje jedności i światowego braterstwa!
Lata 20. i 30. pokazały, jak bardzo błędne były to prognozy. Kraje Europy odgrodziły się systemem wiz i paszportów, znaczniej mocniej strzeżonymi granicami, niebotycznie wysokimi cłami i kontyngentami importowymi.
Skończyły się czasy, w których z walutą jednego kraju w kieszeni można było objechać świat. Poszczególne rządy wprowadziły państwowe kursy wymiany i ograniczenia w wywozie pieniądza za granicę. A i sam pieniądz przestał być wymienialny na złoto tak łatwo jak przed wojną.
Skończyły się czasy, w których z walutą jednego kraju w kieszeni można było objechać świat
Przez świat przetoczyła się fala nacjonalizacji i konfiskat. Nagle okazało się, że nic nie jest pewne. Globalizacja, która wszystkim ówczesnym Europejczykom wydawała się czymś tak naturalnym jak powietrze, zniknęła bez śladu.
Ale najgorsze przyszło po II wojnie światowej, kiedy podróżowanie po przedzielonej żelazną kurtyną Europie stało się trudne nawet dla mieszkańców zachodniej części kontynentu. W latach 50. i ich dotykały ograniczenia - restrykcje walutowe, konieczność posiadania wiz, o paszportach nie wspominając.
A na Wschodzie możliwości podróżowania w latach stalinizmu niemal nie istniały. Według statystyk przytaczanych przez historyka prof. Dariusza Stolę na początku lat 50. z Polski mającej wówczas blisko 30 mln mieszkańców wyjeżdżało rocznie w celach prywatnych kilkaset osób! Wbrew swej nazwie biuro paszportowe w Warszawie nie było instytucją, która miała wypuszczać ludzi za granicę, lecz stanowiło jedną z wielu barier, którą trzeba było pokonać, żeby się wydostać ze szczelnie zamkniętego kraju.
Na granicach wyrosły zasieki, pojawiły się pasy zaoranej ziemi, płoty i strażnice. W latach 50. władze PRL wybudowały wieże strażnicze na plażach nad Bałtykiem, z których dzień i noc uzbrojeni żołnierze wypatrywali śmiałków próbujących przepłynąć nielegalnie do Szwecji czy na duński Bornholm. Żyło wtedy jeszcze bardzo wielu ludzi, którzy doskonale pamiętali wolność sprzed 1914 r., ale było to już tylko odległe wspomnienie.
Na powrót swobodnego podróżowania po Europie trzeba było czekać blisko sto lat.
Korzystałem z książki Charlesa Emmersona "1913. In Search of the World Before The Great War", Public Affairs, New York 2013
Źròdło: http://wyborcza.pl/alehistoria/1,133662,14638770,1913__Swiat_taki_jak_nasz.html
submitted by ben13022 to Polska [link] [comments]


2012.06.24 23:59 UczenSokratesa Homoseksualizm , oczami wiary widziany.

Potępianie, jest ostatnią rzeczą na którą mam ochotę. :)) Nikt przez to , że ma skłonności homoseksualne, nie jest potępiony. Nikt heteroseksualny, nie staje się przez to świętym.:))) Akt seksualny hetero staje się dobry, gdy jest godnym człowieka, a nie dlatego jest dobry, bo jest hetero. Dłuższa rozmowa ... :))
Dla mnie dyskusja o większym lub mniejszym grzechu nie ma dużego sensu. Prawda jest dosyć brutalna. Udział w życiu Ducha wymaga wysokich standardów, trudnych i dla hetero i homo. Jak się ich nie spełnia, to klops i dalsze gadanie jest bez sensu. :))) Ps. Dowolna odmienność jest źródłem ostracyzmu i nie ma to związku z wiarą.:
:)))) Kiedy akt seksualny jest moralnie dobry? Dlaczego homoseksualny nie może być taki? Po pierwsze, w NT, w listach Pawła jest wyraźnie napisane, że "mężczyźni współżyjący z mężczyznami, nie odziedziczą królestwa."
Akt musi być znakiem pewnej rzeczywistości. Kobieta i mężczyzna , stają się jednym ciałem, co oznacza zjednoczenie w miłości i jest, przynajmniej potencjalnie, płodne. Są jak pasujące elementy układanki, a każdy gest ma znaczenie potrójne, seksualne, psychiczne i duchowe. Akt homo nie jest taki. Jest jakby użyciem ciała już poza instrukcją. Oczywiście to temat na książkę...
Dlaczego homoseksualny nie może być taki? Po pierwsze, w NT, w listach Pawła jest wyraźnie napisane, że "mężczyźni współżyjący z mężczyznami, nie odziedziczą

królestwa."

No i właściwie poza tymi słowami św Pawła (plus jego przestrogą dla wierzących w Jezusa by na gejowskie imprezy nie chodzili) więcej w NT nie znalazłam. Czy przez św Pawła przemawiało przywiązanie do tradycji judaistycznych , podobnie jak w przypadku jego stosunku do kobiet ? Czy miał na myśli rozwiązły styl tychże stosunków? Czy w czasach obecnych, gdzie społeczeństwa dają ludziom homo możliwość budowy trwałych związków poprzez akceptację takowych słowa Pawła brzmiałyby tak samo? Jednym słowem, czy to były słowa człowieka natchnionego, czy też człowieka będącego również produktem swoich uwarunkowań społeczno- cywilizacyjnych? Słowa i czyny Apostołów to jednak już tylko ludzkie dzieło z ludzkimi błędami i

niedoskonałościami.

Nie ma wątpliwości, że to są słowa człowieka natchnionego. W czasach Pawła, homoseksualizm nie był czymś nagannym dla niechrześcijan. W Grecji zainteresowanie panów młodzieńcami, było czymś normalnym . Nawet Sokrates tak robił. Nie nadaje się on zupełnie na patrona homoseksualistów, bo jednocześnie chciał panować nad popędem i nawet nie dawał się uwieść! Teraz Paweł byłby w identycznej sytuacji kulturowej. Przyzwalający świat i sprzeciwiający się Kościół. Piszesz o małżeństwach homoseksualnych. Chcesz powiedzieć, że istnieje analogia do hetero. Z tego co wiem, w praktyce , absolutnie nie. Najwierniejsze pary homo mają furtki do innych kontaktów, ale nie rzecz w praktyce. Jeśli wierzymy w myśl stojącą za istnieniem ludzkości, to widzimy w materii komplementarność kobieta - mężczyzna. Nie inną . Dobrze, że szukasz spełnienia wartości wyższych, tylko to jest samowolka.
Akt musi być znakiem pewnej rzeczywistości. Kobieta i mężczyzna , stają się jednym ciałem, co oznacza zjednoczenie w miłości i jest, przynajmniej

potencjalnie, płodne.

Sprowadzanie płodności to wymiaru biologicznego (nawet jedynie potencjalnej płodności) konsekwentnie oznacza, że seks powinien być zarezerwowany dla osób w wieku reprodukcyjnym. Co znów umniejsza jego duchowy i emocjonalny wymiar. Kluczem dla mnie jest to co napisałeś- zjednoczenie w miłości, którego jednym z przejawów jest

seks.

Są jak pasujące elementy układanki, a każdy gest ma znaczenie potrójne, seksualne, psychiczne i duchowe.
Akt homo nie jest taki.

Jest jakby użyciem ciała już poza instrukcją.

No i tu powstrzymam się od rozważań, bo zaczynam się czuć jakbym buciorami komuś do łóżka właziła. Tu się powinni wypowiedzieć sami geje. Ja szczegółów czyichś intymnych relacji nie mogę roztrząsać i nie czuję się upoważniona by autorytatywnie stwierdzić, jakiego wymiaru im immanentnie brakuje (poza reprodukcyjnym). Nie powiem swemu bliźniemu, że jego życie intymne jest nieodwołalnie szkodliwe dla jego duszy jedynie dlatego, że realizuje je z osobą niewłaściwej płci, w związku z czym na pewno nie posiada wymiaru emocjonalnego i duchowego.
To nie ma nic wspólnego z szacunkiem lub nie, dla gejów. Tylko z prawdą o czymś. Nie powiesz z szacunku dla niewidomych, że ich stan jest zdrowiem, prawda? Dla mnie i Kościoła prze wieki, akt seksualny hetero wykonany prze kochających się małżonków, mężczyznę i kobietę, jest wyrazem miłości i pasuje, jako znak, do niej. Akt homo - nie... Szanuję, że możesz myśleć inaczej.

Oczywiście to temat na książkę...

I to niejedną. Nota bene, chyba właśnie pod artykułem o jednej z takich książek dyskutujemy ?
Tak... Książki bywają różne. Jest "Mein kampf" i ... zdecydowanie lepsze. :))
http://religia.onet.pl/forum.html?hashr=0&discId=11902298&threadId=96399085&AppID=388#forum:MSwzODgsOCw5NjM5OTA4NSwyMzgzMTYzNDYsMTE5MDIyOTgsMSxmb3J1bTAwMS5qcw==
submitted by UczenSokratesa to Postonecik [link] [comments]


Relacja - Antologia Polskiego Rapu - spotkanie z autorami książki 25.02.2015, Poznań - Część I Stres w bliskiej relacji Warszawskie Targi Książki - krótka relacja I Mint&Chocolate Q&A część I - książki (mindset, relacje), mowa ciała, lifestyle, czego nie lubię w kobietach Kraków: 20 Międzynarodowe Targi Książki VLOG Szef w relacji z zespołem Jak rozwija się Twój Team. NOWA KSIĄŻKA / Katarzyna Straburzyńska - 'Dotyk Miłości' o przebaczeniu i uzdrowieniu relacji Kończenie relacji Krzysztof Karoń podpisuje książki w księgarni Multibook.pl. Relacja i komentarz autora po spotkaniu!

Nunchi. Koreański sekret dobrych relacji z ludźmi - Hong ...

  1. Relacja - Antologia Polskiego Rapu - spotkanie z autorami książki 25.02.2015, Poznań - Część I
  2. Stres w bliskiej relacji
  3. Warszawskie Targi Książki - krótka relacja I Mint&Chocolate
  4. Q&A część I - książki (mindset, relacje), mowa ciała, lifestyle, czego nie lubię w kobietach
  5. Kraków: 20 Międzynarodowe Targi Książki VLOG
  6. Szef w relacji z zespołem Jak rozwija się Twój Team.
  7. NOWA KSIĄŻKA / Katarzyna Straburzyńska - 'Dotyk Miłości' o przebaczeniu i uzdrowieniu relacji
  8. Kończenie relacji
  9. Krzysztof Karoń podpisuje książki w księgarni Multibook.pl. Relacja i komentarz autora po spotkaniu!

Prezentujemy pierwszą część relacji ze spotkania z autorami książki ' Antologia Polskiego Rapu', które odbyło się 25 lutego w Browar Pubie Słodownia w Poznaniu. Spotkanie z Marcinem ... Subskrybuj kanał i kliknij Serwus! Zapraszam do obejrzenia krótkiej relacji z sobotniego dnia na Targach Książki w Warszawie Moc atrakcji, ogrom książek, komiksów.. Dla każdego coś ... Porada wprowadzająca do książki Szef w relacji z zespołem dla liderów, którzy angażują zespoły do wspólnej pracy nad wyzwaniami. Proces rozwoju Twojego zespołu. Książki które poleciłem w tym filmie: 1. 'Kroniki' cz I - Bob Dylan 2. 'Steve Jobs' - Walter Isaacson 3. 'Droga Pełniejszego Mężczyzny' - David Deida 4. 'Psychologia Relacji' - Mateusz ... Krzysztof Karoń podpisuje książki w księgarni Multibook.pl - relacja i komentarz autora po spotkaniu! W sobotę 29 lutego 2020 roku Państwa gościem w naszej księgarni był Krzysztof Karoń. This feature is not available right now. Please try again later. Czy koniec relacji to koniec świata? Co i czy słusznie powstrzymuje przed kończeniem związku? Jaka jest funkcja zrywania relacji? Temat omawia psycholog. Sklep, moje książki, kursy: https ... Rafał Węglewski rozmawia z psycholog Katarzyną Straburzyńską - autorką książki 'Dotyk Miłości' Witajcie! Zapraszam serdecznie do obejrzenia krótkiej relacji z tegorocznych targów książki w Krakowie :) Znajdziesz mnie tu: https://www.instagram.com/ksiaz...